Scraps kitchen

Jak poznawałam Pysia byłam totalnym nieogarem kulinarnym. Od tego czasu dużo się zmieniło i nie tyle nauczyłam się gotować, co pokochałam. Uwielbiam wymyślać nowe danie, karmić nimi gawiedź, a potem słuchać pochwał i z mądra miną dyktować przepis, który sama stworzyłam.
Gotować nauczyłam się głownie z Internetu, od Dobrowolskiej, która obiecała mi stworzyć kilka postów na bloga z jej przepisami (CZEKAM!) oraz od mamy.
Z uwagi na moją miłość do gotowania wypracowałam swój własny styl gotowania, który nazwałam „Scraps kitchen”, czyli po prostu gotowanie z resztek. Jako nastolatka miałam obsesję na punkcie książek Joanny Chmielewskiej Teraz moje horyzonty, za sprawą mojego brata, trochę się poszerzyły, głownie na fantastykę. Wracając jednak do Chmielewskiej. W jednej ze swoich książek „Depozyt” opisała ona postać pani Bogusi – świetnej kucharki, ale antypatycznej baby. Owa pani Bogusia wygłosiła, kiedyś opinię, że gotować drogo potrafi każdy głupi, a sztuką jest umieć przyrządzić coś tanio. Ja z kolei dodałam do tego zasadę, że grzechem jest marnować jedzenie, wiec staram się zużywać wszystko, co jest jadalne w moim domu. (więcej…)
Share

Historia pewnych zakupów (albo dwie)

Moje podejście do mody jest dość mieszane: trochę kobiece, a trochę męskie. Najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie butów. Widzę sobie takie piękne szpilki i następuje kobieca rekcja: OMG! MUST HAVE! Podnoszę, patrzę na cenę i objawia się męskie oblicze WTF?? 5 stów za takie coś? Żeby chociaż świeciły lub miały wrotki w podwoziu!
Gustu nie mam najlepszego i na szafiarkę się nie nadaję, więc nie będę próbować promować swojego „unikalnego” stylu. Raczej skupię się na tym jak szukać ciuchów nie wywołujących tornada na koncie. Dziś jeden z nich:
Osobiście jestem wielką fanką wieszaków z przecenionymi ciuchami w Orsay. Ich kolekcje nie zawsze mi pasują, ale na wieszakach z przeceną, które zresztą są wystawione w sklepie cały rok, zawsze coś upatrzę. Przechodząc obok Orsay po prostu nie mogę nie wejść.
Kiedyś wracając z pracy, jeszcze jako młoda, powabna studentka, wstąpiłam do sklepu z mocnym postanowieniem, że nic nie kupię, bo i tak nie mam pieniędzy na koncie. Zaszłam tam, bo do autobusy miałam trochę czasu, a na dworze było zimno. Zobaczyłam fantastyczną zieloną tunikę za 20 zł! Oczywiście kupiłam ją za ostatnie pieniądze (autentycznie miałam na koncie tylko 20 parę złotych, a w portfelu pustki). Dobrze, że miałam bilet miesięczny, bo nie wiem za co bym jeździła na uczelnię i do pracy. Moja mama, jak zobaczyła mój zakup, to powiedziała, że odda mi te 20 złotych, bo bym była głupia jakbym jej nie kupiła. Noszę tę tunikę od kilku lat i nie jestem w stanie zliczyć ile słyszałam komplementów na jej temat.
Inna historia z Orsay jest z zeszłej zimy. Szłam z Pysiem na zakupy spożywcze i przechodziliśmy obok, więc natychmiast zagadnęłam „skocze tylko na wieszaki z przeceną w Orsay”. Pyś nawet się nie buntował, bo wie, że nie marudzę długo na zakupach, tylko wpadam, patrzę i wypadam, a na moją miłość do wieszaków w Orsay nie ma siły. Szybko wyszukałam dwie sukienki i poszłam mierzyć. Jedna  była niebieska, wąska,  za całe 20 zł, a druga w srebrne cekiny z długim rękawem za 30 zł.
Poniżej zdjęcia poglądowe: (więcej…)
Share

Tak chorują mężczyźni:

Są dwa męskie podejścia do choroby. Jedni umierają na katar. Osobiście znam takiego delikwenta, który absolutnie nie może sobie nawet herbaty zaparzyć, czy nalać soczku jak dopadnie go jakaś straszna choroba w stylu przeziębienia. Drugi typ, to typ bohatera, któremu urwie nogę, a będzie się zarzekał, że to tylko zadrapanie. Do lekarza go wołami nie zaciągniesz, a jeszcze się obrazi za każdą okazaną troskę.
chory mężczyznaPartnerki mężczyzn reprezentujących oba style nie mogą dojść do porozumienia, który typ choroby jest gorszy. W myśl zasady po drugiej stronie płotu trawa jest zawsze bardziej zielona.
Tą króciutką notkę dedykuję mojemu kochanemu Pysiowi. Idź k@#$a do lekarza! Skrzeczysz jak wrona przeciskana przez magiel.
I nie, drapanie po głowie nie pomoże na kaszel. Nie, nie wyzdrowiejesz też od leżenia w cycuszkach.

Majka

 Źródło zdjęcia: 1

Share

Jak wyrwałam Pysia

Ponieważ jestem w całkiem poważnym związku z programistą zwanym przeze mnie, i z moją zasługą przez znajomych, Pysiem wypada na samym początku wspomnieć o nim.
Pysia poznałam w pracy gdzie siedział sobie przy biureczku i klepał kod. Ja z kolei byłam zajęta tworzeniem tekstów, które ukazywały się w programie i generalnie zarządzaniem danymi, które tam gdzieś śmigają.
W naszej firmie, jak zresztą wszędzie, dział informatyczny jest uważany za bandę dziwnych ludzi, którzy z nikim nie rozmawiają i generalnie wejdziesz do ich pokoju to rzucą w ciebie klątwą i pokasują ci pliki. W tym czasie pracowała ze mną bardzo odważna kobieta, którą możecie zresztą podziwiać tutaj.
Jej odwaga przejawiała się tym, że nie bała się bluzgać na programistów i do nich jak coś nie działało. Tak o to nawiązała się nić znajomości i o dziwo sympatii między pokojem asystentów redaktorów, a programistami. Dzięki naszemu genialnemu adminowi komputery były zaopatrzone w wewnętrzne komunikatory, które znacznie ułatwiały nawiązywanie więzi.
W końcu na jakiejś imprezie firmowej, czyli nieoficjalnej popijawie w pobliskim barze, integracja osiągnęła apogeum i skończyliśmy w kilka osób w kawalerce u Oliwki z butelką wódki. Jeden z najbardziej nieśmiałych programistów, Szymon nawalił się dość mocno i jeszcze w knajpie zarywał mnie na płonące drinki. U Oliwki zaś stało mu się całkiem obojętne czy podrywa ją czy mnie, po czym ubrał buty swojego kolegi i wszedł w nich na antresole, gdzie była sypialnia. Generalnie rozrabiał jak pijany programista. Nie wiem co jeszcze zbroił, bo pojechałam do domu. Później dowiedziałam się, że zaginął rodzinie i szukali go po kolegach i szpitalach, a jak w końcu nad ranem odebrał telefon to upierał się, że jest w domu i generalnie o co chodził. Dał się przekonać, że nie jest u siebie jak kazali mu się rozejrzeć.
(więcej…)
Share

Prolog

Nie wiem jak zacząć pierwszy wpis, więc po prostu zacznę go pisząc, że nie wiem jak zacząć. O dziwo w mojej „szufladzie” tzn. folderze o nazwie „szuflada” spoczywa już kilka zarysów postów, a nawet i gotowe notki. W głowie jest ich jeszcze więcej. Ponieważ blog ten ma mieć charakter lifestyle’owy  tematów nie powinno mi zabraknąć. Liczę na to, że zapału też nie :>
Tytuł „Za biedni na sushi” jest trochę przewrotny i pokazuje kim jestem, i do kogo chciałabym pisać. Czyli do przeciętnych ludzi – tych, którzy nie wcinają na Wigilii wspomnianego sushi i nie mają 347 par butów we wszystkich kolorach, w tym 53 w różnych odcieniach limonkowego. (A teraz panowie google’ujcie jaki to kolor limonkowy)
Chciałabym tu pisać o moim zwykłym życiu i o pomysłach na jego przeżycie: o tym jak kupić za 20 złotych modne buty; jak nie marnować pieniędzy na drogie jedzenie i jeść wymyślne potrawy i może trochę o związku, w którym nawet wyście do sklepu po ziemniaki jest świetną zabawą.
Bawcie się dobrze, bo ja mam zamiar!

Majka

Share