Tak chorują mężczyźni:

Są dwa męskie podejścia do choroby. Jedni umierają na katar. Osobiście znam takiego delikwenta, który absolutnie nie może sobie nawet herbaty zaparzyć, czy nalać soczku jak dopadnie go jakaś straszna choroba w stylu przeziębienia. Drugi typ, to typ bohatera, któremu urwie nogę, a będzie się zarzekał, że to tylko zadrapanie. Do lekarza go wołami nie zaciągniesz, a jeszcze się obrazi za każdą okazaną troskę.
chory mężczyznaPartnerki mężczyzn reprezentujących oba style nie mogą dojść do porozumienia, który typ choroby jest gorszy. W myśl zasady po drugiej stronie płotu trawa jest zawsze bardziej zielona.
Tą króciutką notkę dedykuję mojemu kochanemu Pysiowi. Idź k@#$a do lekarza! Skrzeczysz jak wrona przeciskana przez magiel.
I nie, drapanie po głowie nie pomoże na kaszel. Nie, nie wyzdrowiejesz też od leżenia w cycuszkach.

Majka

 Źródło zdjęcia: 1

Share

Jak wyrwałam Pysia

Ponieważ jestem w całkiem poważnym związku z programistą zwanym przeze mnie, i z moją zasługą przez znajomych, Pysiem wypada na samym początku wspomnieć o nim.
Pysia poznałam w pracy gdzie siedział sobie przy biureczku i klepał kod. Ja z kolei byłam zajęta tworzeniem tekstów, które ukazywały się w programie i generalnie zarządzaniem danymi, które tam gdzieś śmigają.
W naszej firmie, jak zresztą wszędzie, dział informatyczny jest uważany za bandę dziwnych ludzi, którzy z nikim nie rozmawiają i generalnie wejdziesz do ich pokoju to rzucą w ciebie klątwą i pokasują ci pliki. W tym czasie pracowała ze mną bardzo odważna kobieta, którą możecie zresztą podziwiać tutaj.
Jej odwaga przejawiała się tym, że nie bała się bluzgać na programistów i do nich jak coś nie działało. Tak o to nawiązała się nić znajomości i o dziwo sympatii między pokojem asystentów redaktorów, a programistami. Dzięki naszemu genialnemu adminowi komputery były zaopatrzone w wewnętrzne komunikatory, które znacznie ułatwiały nawiązywanie więzi.
W końcu na jakiejś imprezie firmowej, czyli nieoficjalnej popijawie w pobliskim barze, integracja osiągnęła apogeum i skończyliśmy w kilka osób w kawalerce u Oliwki z butelką wódki. Jeden z najbardziej nieśmiałych programistów, Szymon nawalił się dość mocno i jeszcze w knajpie zarywał mnie na płonące drinki. U Oliwki zaś stało mu się całkiem obojętne czy podrywa ją czy mnie, po czym ubrał buty swojego kolegi i wszedł w nich na antresole, gdzie była sypialnia. Generalnie rozrabiał jak pijany programista. Nie wiem co jeszcze zbroił, bo pojechałam do domu. Później dowiedziałam się, że zaginął rodzinie i szukali go po kolegach i szpitalach, a jak w końcu nad ranem odebrał telefon to upierał się, że jest w domu i generalnie o co chodził. Dał się przekonać, że nie jest u siebie jak kazali mu się rozejrzeć.
(więcej…)
Share

Prolog

Nie wiem jak zacząć pierwszy wpis, więc po prostu zacznę go pisząc, że nie wiem jak zacząć. O dziwo w mojej „szufladzie” tzn. folderze o nazwie „szuflada” spoczywa już kilka zarysów postów, a nawet i gotowe notki. W głowie jest ich jeszcze więcej. Ponieważ blog ten ma mieć charakter lifestyle’owy  tematów nie powinno mi zabraknąć. Liczę na to, że zapału też nie :>
Tytuł „Za biedni na sushi” jest trochę przewrotny i pokazuje kim jestem, i do kogo chciałabym pisać. Czyli do przeciętnych ludzi – tych, którzy nie wcinają na Wigilii wspomnianego sushi i nie mają 347 par butów we wszystkich kolorach, w tym 53 w różnych odcieniach limonkowego. (A teraz panowie google’ujcie jaki to kolor limonkowy)
Chciałabym tu pisać o moim zwykłym życiu i o pomysłach na jego przeżycie: o tym jak kupić za 20 złotych modne buty; jak nie marnować pieniędzy na drogie jedzenie i jeść wymyślne potrawy i może trochę o związku, w którym nawet wyście do sklepu po ziemniaki jest świetną zabawą.
Bawcie się dobrze, bo ja mam zamiar!

Majka

Share