domowe spaW blogosferze funkcjonuje spora grupa blogerów, chociaż głównie blogerek, wdzięcznie zwana blogerkami urodowymi, czy z zagranicznego „beauty bloggers”. Zajmują się one, jak sama nazwa wskazuje, dbaniem o urodę: swoją i czytelników. Co jak się okazuje jest poważnym zajęciem na pełen etat i chyba każdy chciałby tak zarabiać na życie.

Jako że mam naturalne predyspozycje do aspirowania do tej grupy w końcu jestem bjutiful (to znaczy „Pełna piękna” w polngliszu), a przynajmniej na zdjęciach na Instagramie, z odpowiednimi filtrami i po 2 godzinach pozowania do selfie z zaskoczenia, postanowiłam dziś się z wami podzielić sposobem na domowe spa.

Aby uzyskać zapierające dech w piersiach efekty konieczne są 4 elementy:

  • odpowiednie kosmetyki
  • umiejętności
  • czas
  • atmosfera

Niestety na pierwsze jestem „za biedna”, a do drugiego nie mam cierpliwości. Aby bowiem zdobyć wprawę w aplikacji wszelkich mikstur trzeba oglądać dużo filmów na YouTube. Szkoda mi czasu na takie produktywne działania, bo właśnie odkryłam polską edycję EX na plaży, która stanowi jeszcze większe wyzwanie dla szarych komórek niż Warsaw Shore, a poza tym moje kucyki z gry od niedawna hodują szparagi i muszę je zbierać.

Brak dwóch z czterech niezbędnych warunków do stworzenia salonu odnowy w domowym zaciszu nie przeszkodził mi w podjęciu próby upiększenia swej zewnętrznej powłoki. W końcu jak to mawiają poeci: „Niebyła bym sobą gdybyłabym inna”. Połowa niezbędnych elementów to już 50%, a skoro wódce wystarczy 40%, to kim jestem by mieć wyższe wymagania?. Ewentualne braki w urodzie uzupełnię inteligencją i charakterem (hehe).  

Ruszyłam do dzieła: po umyciu włosów zawinęłam je w ręcznik. Uznałam, że taki turban jest bardzo ważny, inaczej nie pokazywaliby go ciągle w tych wszystkich babskich filmach, gdy główna bohaterka idzie się zrelaksować do spa. Może blokuje fale piękna, żeby nie wypromieniowały na zewnątrz, tylko zostały w ciele kobiety?

Wygospodarowałam odpowiednią ilość czasu: od położeniu IT spać do czasu, aż Pyś zaśnie na kanapie i trzeba będzie go zagonić do sypialni i przystąpiłam do tworzenia atmosfery.

Zaparzyłam herbatkę i włączyłam czasoumilacz na telewizorze. Zasiadłam na kanapie i w pełni wyluzowana zaczęłam nakładać specyfiki: maseczkę na twarz i przyległości, serum na stopy i takie żelowe płatki pod oczy. Żeby oddać w pełni obraz z jakim musiał mierzyć się Pyś, warto dodać, że ubrana byłam w luźny T-shirt, a na stopach miałam woreczki śniadaniowe, żeby serum się lepiej wchłaniało, i leżałam pod dzikim kątem żeby mi te płatki spod oczu nie odpadły. Niestety popełniłam strategiczny błąd, bo nie oddelegowałam Pysia do klikania lub grzebania w ustrojstwach (jakby ktoś nie znał historii z ustrojstwami to zapraszam na FB:>).

Tak sobie siedzę w poplamionej koszulce, ręczniku na głowie, maseczce na twarzy, z foliowymi workami na stopach i z tymi płatkami pod oczami – pełna klasa i luz. I wtedy właśnie Pyś, miłość mojego życia, tempura mojego sushi, spogląda na mnie, przygląda się sceptycznie tym siatkom na stopach, temu turbanowi na głowie i tym cholernym płatkom pod oczami i rzecze:

– Żelki ci spie%^&ają spod oczu.

I to by było na tyle jeśli chodzi o atmosferę…

 

 

Share
  • Gosz

    Haha.. Ech ten Pyś.. I jak tu mieć motywacje do bycia bjuti evry dej..

  • Dobrowolska

    SPA się robi jak męża nie ma w domu! Masz po prostu złe założenia 😀