parytetyKiedyś dzieliłam się z Wami moimi przemyśleniami dotyczącymi równouprawnienia, w tekście o wiele mówiącym tytule „Równouprawnienie ssie„. Dziś temat podobny: o parytetach.

Dla ludzi żyjących w nieświadomości: parytety to taki wynalazek, który ma prowadzić do zrównania szans różnych grup, w tym płci. Przynajmniej w tym znaczeniu, o którym chcę dziś pisać, bo parytet może też oznaczać m.in. zawartość czystego złota w jednostce stanowiąca podstawę kursu. (Tym ostatnim zdaniem wypełniłam misję edukacyjną bloga i mogę swobodnie przejść do narzekania na parytety)

Dlaczego tak mnie denerwują parytety w kontekście płci?

Bo odnoszą odwrotny skutek niż powinny tj. zamiast pomagać i zrównywać sytuację kobiet i mężczyzn, szkodzą kobietom. To oczywiście moje subiektywne zdanie i możecie się z nim zgadzać lub nie (od tego są komentarze).

O parytetach zrobiło się głośno w kontekście list kandydatów, kiedy to “mądre głowy” wydumały, że świetnym pomysłem będzie wymuszenie, aby na listach wyborczych była odpowiednia ilość kobiet. Zgodnie z taką wytyczną tworząc listę kandydatów dana grupa musi umieścić na niej pewną ilość przedstawicieli każdej płci. W sytuacji, gdy waha się pomiędzy kandydatami różnych płci, ale brakuje jej jednej pary piersi na liście musi wybrać kobietę, bez względu na to, kto ma wyższe kompetencje. W teorii parytety dotyczą obu płci, ale dobrze wiemy, że zostały wprowadzone po to, aby zwiększyć czynny udział kobiet w wyborach. Niby nic  w tym złego, ale sytuacja, gdy płeć jest ważniejsza niż kompetencje danej osoby budzi mój sprzeciw.

Janusz Korwin-Mikke, który niedawno boleśnie przekonał się, że dla wyborców ważniejsza jest umiejętność śpiewania niż grania w brydża, uważa, że w interesie kobiet jest, aby nie miały czynnego prawa wyborczego, bo nie głosują na inne kobiety (link do tekstu). o_O

Taaak, bo głosowanie na kobiety tylko, dlatego, że są kobietami świadczy o świadomości politycznej kobiety… (to była ironia).

Odejdźmy jednak od okropnej polityki i przyjrzyjmy się bardziej prozaicznym przykładom jak parytety w pracy. Taki sektor IT, który w powszechnej świadomości jest tak bardzo męski,  że do klasyki przeszedł dowcip o kobiecie Informatyku.

<suchar>

Dlaczego kobieta informatyk jest jak świnka morska?

Bo ani świnka, ani morska.

<koniec suchara>

Wyobraźcie sobie sytuację, w której w firmie zatrudniającej programistów postanowiono zatrudniać więcej kobiet klepiących kod. Może żeby panowie częściej się myli, a może żeby przestali oglądać porno w pracy, a może ktoś z zarządu obejrzał „Halt and Catch Fire” i marzy o poznaniu własnej Cameron Howe. Kto wie?

Żeby wdrożyć genialny pomysł, który budził spory opór, wśród pracowników, postanowiono w trakcie rekrutacji przyznawać dodatkowe punkty za fakt bycia kobietą, co jak wiadomo jest ważniejsze niż kompetencje w dziedzinie klepania kodu. Na ogłoszenie o pracę opowiedziało kilkanaście osób, w tym całe dwie kobiety. Z racji przyjętej strategii na trzy oferowane miejsca zatrudniono obie panie i, z braku innej opcji, pana. Pech chciał, że umiejętności jednej z pań wyraźnie odstawały od reszty pracowników, że już o kontrkandydatach nie wspomnę. Druga dawała radę, ale wśród nieprzyjętych znalazłoby się kilku lepszych od niej.

Teraz wyobraźmy sobie, jaki wpływ na stereotypowy obraz kobiety programistki, który w głowach mieli pracujący w firmie chłopcy od oglądania porno, miało zatrudnienie tych dwóch pań. Raczej się nie poprawił, bo wpychanie na siłę kobiet tam gdzie jest ich mniej nie pomaga tym, które chcą zaistnieć w danym środowisku swoimi kompetencjami. Kolejna przedstawicielka niebrodatej płci, która jako najlepsza kandydatka dostanie się do pracy w tej firmie będzie miała pod górkę, bo będzie oceniania przez pryzmat tych dwóch wcześniej przyjętych, które umiejętnościami odbiegały od innych.

Tak będzie w każdym zawodzie, w każdej branży. Jeżeli na siłę będzie się promować daną płeć to wyjdzie jej to na złe. Ciągłe podkreślanie, że kobieta może być w czymś równie dobra jak mężczyzna, jako argument za parytetami jest jakimś absurdem. Skoro są tak samo dobre to nie potrzebują dodatkowych punktów za fakt noszenia stanika. Tak samo jak twierdzenie, że parytety mają pomóc zmienić sposób myślenia o kobietach w pewnych zawodach. Przeczytaj powyższy przykład (nie całkiem zmyślony) i zastanów się czy w tamtej firmie zmienił się na lepsze dla kobiet?

Majka

Źródło grafiki: 1

Share
  • eV

    Punkty za płeć to rzeczywiście słaby pomysł, bo to jest przeciwieństwo równouprawnienia, które z kolei polega na tym, że płeć ma nie mieć wpływu na ocenę kandydata. Gorzej z tym, że tak jest w idealnym świecie, natomiast obecnie kobiety na start postrzegane są przez pracodawców jako gorszy kandydat, bo:
    a) tylko dostanie pracę, to zrobi dzieciaka i weźmie płatny urlop
    b) jest zbyt wrażliwa, na pewno nie da rady na tym stanowisku
    c) co miesiąc przez tydzień będzie niewydolna z powodu okresu
    d) …
    Do tego dochodzą żałosne prześmiewki, zaczynając od suchara który wrzuciłaś, a na przywiązywaniu do zlewu kuchennego kończąc.
    Nie wiem jak ten problem rozwiązać. Przymus konkretnej liczby kobiet prowadzi do sytuacji, że nie wybiera się lepszego pracownika a tego, którego płci jest mniej, co jest bez sensu i tylko powiększa stereotypy, tak jak opisałaś.
    Parytety mają sens jeśli porównać je do np. wymogu puszczania w radiu jakiegoś procenta polskiej muzyki – jak ktoś chce posłuchać takiej, to przynajmniej ma szansę. Tutaj można stwierdzić, że jeśli występuje konieczność zatrudnienia co najmniej jednej kobiety, to otwierają się drzwi dla tej połowy społeczeństwa – a pewnie były sytuacje, w których takie drzwi były zamknięte.