w kolejce

Każdemu zdarza się czasem chorować. Człowiek dumny ze składek, które płaci na taką ewentualność wyrusza do przybytku pod szyldem NFZ, by skorzystać z oferowanych tam usług o najwyższym standardzie. W rejestracji witany, jak na ważnego klienta przystało, ustala dogodny dla siebie termin:

 
– W listopadzie…
– Ale mamy styczeń. Chce mi Pani powiedzieć, że mam czekać do listopada na wizytę?
– Niech pan się nie wygłupia. W listopadzie ruszają zapisu na przyszły rok, jak ustawi się pan w kolejce do rejestracji ze 2-3 godziny przed jej otwarciem to może zdąży się pan zapisać na przyszły rok.
 

Po odczekaniu stosowanego czasu rejestrujemy się i możemy nawet wybrać godzinę. Co prawda jest to albo środek dnia pracy, albo 30 minut po jej skończeniu na drugim końcu miasta, ale mamy termin. W dniu wizyty z wywieszonym jęzorem zjawiamy się w poczekalni na minutę przed i odkrywamy tłumy, chociaż według rozpiski lekarz przyjmuje jeszcze tylko dwie godziny.

Jeżeli jesteśmy niewprawieni w bojach siadamy i czekamy na swoją kolej. Jednak już przy pierwszym pacjencie dowiadujemy się, że lekarz nie wywołuje po nazwiskach, więc musimy rozeznać się w kolejkowym porządku, który zapanował przed naszym przyjściem i do którego musimy się dostawać. Wpierw nieśmiało próbujemy powiedzieć, że my na 16.30, i że właśnie wybiła. Tym sposobem zdradzamy, jaki z nas amator i ryzykujemy pożarcie przez bardziej doświadczonych kolejkowych wyjadaczy. Natychmiast, bowiem okazuje się, że jest opóźnienie i nie weszli jeszcze ludzie, którzy mieli na 15.15. Przerażeni perspektywą półtoragodzinnego oczekiwania w tym obcym świecie, próbujemy się wywiedzieć, kto ze zgromadzonych ma, na która żeby zorientować się, po kim wchodzimy. Niestety, ponieważ wykazaliśmy się na początku totalną amatorszczyzną zdradzając pierwsi, na którą mamy wszyscy zgromadzenie będą podawać godziny wcześniejsze. I tak o to dowiemy się, że pacjenci byli zapisywani po kilku na tę samą godzinę, co 5 minut, a pani przed nami ma na 16.27.

Zrezygnowani siadamy na parapecie, jeżeli jest wolny, albo dzielnie stoimy, aż do chwili, gdy zwolni się miejsce. Oczekując na swoją kolej, zaczynamy obserwować współkolejkowiczów, którzy dzielą się na uciążliwych i niegroźnych. Tych pozornie niegroźnymi, którzy siedzą cicho w kolejce, omijamy szerokim łukiem. Skoro nie krzyczą i nie wykłócają się, najprawdopodobniej chorują na coś paskudnego, co powoduje koncertową biegunkę i jest piekielnie zaraźliwe.

Wśród tych bardziej uciążliwych dostrzegamy natomiast kilka dość charakterystycznych typów kolejkowiczów:

1. „Ja tylko wejdę  się zapytać”

Są to osoby, które nie są zarejestrowane, a wpadły tylko zapytać o dawkę leku, czy też o to co jest napisane na recepcie i już ich nie ma. Zwykle siedzą w gabinecie najdłużej.

2. Podróżnicy w czasie

Zwykli oszuści, którzy próbują się wbić przed nas w kolejkę, podając zmyśloną godzinę wizyty (patrz wyzej). Żeby się ich ustrzec, zawsze pytajmy pierwsi. Najlepiej zbiorowo wszystkich, „Na którą Państwo mają.”.

3. Ludzie, którzy jedzą świeże bagietki czosnkowe w kolejce

Typowe Cebulaki, jakby nie mogli poczekać tych 3-4 godzin, aż wrócą do domu. Nie ma nic gorszego, niż zapach bagietki z czosnkiem prosto z pieca, gdy jesteś głodny.

W tym miejscu przepraszam osoby, które siedziały ze mną w kolejce we wtorek w okolicach godziny 16.40-18.10 w mojej przychodni. Poszłam do sklepy po zwykłą bułę, ale właśnie wyjęli z pieca bagietki…

4. Delegacja

Zajmują miejsce innym. Oczywiście zajęcie jednej osobie, to tylko uprzejmość, ale gdy zjawiasz się w poczekalni i zauważasz, że przed To są tylko 3 osoby, a potem się okazuje że jest jeszcze 15, bo ktoś zajął miejsce: siostrze szwagra, szwagrowi siostry, córce sąsiada, sąsiadce córki, córce szwagra sąsiada córki, pociotowi (to jest prawdziwe słowo i oznacza męża ciotki, albo czarownika) to masz prawo lekko się zdenerwować.

5. Gawędziarze

Lubią opowiadać historie, co w tym groźnego? To, że lubią opowiadać o chorobach, zabiegach i innych przypadłościach, które spotkały ich, lub ich znajomych, albo ludzi opisanych w tablicach ugryzionych przez bobra grozy. Omijać. Choćbyśmy miesi mdleć od zbyt długiego stania. Najgorzej, gdy traficie na nich w kolejce do ginekologa i w historii pada słowo „ropa”. Nigdy więcej. Nigdy.

Nie przejmujecie się jednak, w końcu przyjdzie Wasza kolej i wejdziecie do gabinetu na Wasze upragnione 30 sekund, bo lekarz odeśle Was na inny termin, bo zgubiliście wyniki badań, bez których mieliście się nie zjawiać. Po wyjściu zorientujecie, że wyniki zostały na parapecie okna, ale już nie zdarzycie wejść, bo kolejka nie czeka, kolejka nie wybacza takich błędów. Kolejka odsyła na koniec.

A Wy macie jakieś kolejkowe historie?

Majka

Źródła zdjęć: 1

Share