Bardzo, ale to bardzo, staram się unikać co raz to nowych burz przetaczających się przez “polski Internet”, ale czasem jak na coś trafię to mi witki opadają, na klawiaturę i powstaje tekst. Tym razem zabił mnie problem młodej dziewczyny, która musi oszczędzać na mleczku koksowym, by przygotować kurczaka curry. Przeczytałam raz. Przeczytałam kolejny. I daje nie wierzyłam.

za biedniWiększość z Was (mam nadzieję) wie, że nazwa bloga “Za biedni na sushi” to żart, rodzaj szydery, a jak nie to teraz już będziecie wiedzieć. Sama idea, że ktoś może uważać, że jest „za biedny” na sushi bawiła mnie dopóki nie przeczytałam tekstu, który został opublikowany na portalu gazeta.pl (tutaj). W skrócie: przedstawia on sytuację dziewczyny, która podzieliła się swoją historią, w której argumentami na potwierdzenie marnego statusu majątkowego jest m.in. fakt, że spędza dwie godziny na zakupach, żeby zaoszczędzić 5 złotych i znaleźć tańsze mleczko kokosowe do kurczaka curry (jeszcze nie raz w tekście będę przytaczać przykład tego mleczka, bo rozwalił mnie na łopatki tak, że aż mi się drobne na sushi w portfelu nie zgadzają). Wszystkich przykładów powoływanych w artykule nie będę powoływać, bo Paweł Opydo bardzo celnie je wypunktował u siebie na blogu (link). Polecam szczególnie fragment dotyczący wyliczenia kosztów wynajęcia miejsca w pokoju. Teraz tylko czekam na wyznania innych osób, w równie ciężkiej sytuacji, które muszą zjeździć pół miast w poszukiwaniu tańszych nori (glonów) do sushi.

Cała historia tułaczki zakupowej przypomina trochę historie starszych pań jeżdżących komunikacją miejską żeby kupić szyneczkę, która jest złotóweczkę tańsza w jakimś hipermarkecie na końcu miasta. A i tak kupią kilka plasterków, więc ich oszczędność nie jest imponująca. Tylko, że te panie są zmuszone szukać tych kilkunastu groszy oszczędności na każdym kroku. A nie, szukają tańszego mleczka koksowego, bez którego każdy młody wykształcony człowiek nie może żyć.

Nie zrozumcie mnie źle, cała historia wykształconej 25-latki, która nie mogąc znaleźć lepiej płatnej pracy niż za 1500 zł zarabiane na czarno, decyduje się wyjechać do Norwegii jest moim zdaniem przykra. Dziewczyna nie studiowała jakiegoś absurdalnego, nikomu niepotrzebnego kierunku w stylu: artystyczne patrzenie jak farba schnie na ścianie, ale neurobiologię. Ma więc prawo mieć większe oczekiwania niż jej obecne zarobki. Jednak sam sposób opisania tej historii, przytoczone argumenty, aż się proszą o porównanie do nazwy tego bloga.  Ale po kolei:

“Do kina chodzi w poniedziałki, kiedy są tańsze bilety – za 11 złotych – bo normalne wyjście w weekend to już fortuna – 60 złotych za dwie osoby.”

Przeanalizujmy to zdanie. Zgodnie z jego treścią bilet w poniedziałek kosztuje 11 złotych. Natomiast w weekend wyjście dla dwóch osób to koszt 60 zł. Czy tylko ja uważam, że porównanie ceny biletu dla jednej osoby (samego, gołego biletu bez popcornów i innych luksusów), z ceną „wyjścia” dwóch osób, (a więc zapewne 2 biletów z dodatkami) jest trochę nie halo?

To tak, jakbym narzekała, że kupuję buty w sieciówkach, bo jeden kosztuje 50 złotych, a za dwa buty w lepszym sklepie muszę zapłacić 300 złotych.

W innych akapitach:

“Dopóki studiowała na Uniwersytecie Wrocławskim, miała ubezpieczenie z urzędu pracy, ale studia się skończyły i ubezpieczenie też. Teraz nie stać jej na chorobę. Każda grypa kosztuje ją około 50 zł (gripex za 15 złotych, a Dominika zużywa dwa pudełka podczas infekcji, do tego: syrop, chusteczki higieniczne, tabletki do ssania na kaszel). Wizyta u lekarza to kolejne kilkadziesiąt złotych, a do tego badania.”

Czy ja dobrze rozumiem. że jak bohaterka tekstu choruje, to idzie do lekarza, za wizytę u którego płaci kilkadziesiąt złotych i on jej zaleca gripex? Yhym. To chyba był Dr Oetker.

I dalej podobne absurdy.

Strasznie zezłościł mnie ten tekst, nie dlatego, że mam coś przeciw ludziom, których dylematy mieszczą się na półce pomiędzy: gdzie kupić mleczko kokosowe do curry, a muszę aż 3 miesiące oszczędzać na nowego iPhone’a. Jak ludziom się wiedzie dobrze, a ich problemy są mniej dramatyczne od problemów osób najuboższych to nie należy ich za to piętnować. Zapracowali, niech wydają na co chcą. Niech nawet narzekają sobie, że chcą mieć lepiej. Ich pieniądze, ich decyzje, ale opisywanie historii mleczka kokosowego, czy konieczności oszczędzania na biletach do kina jako przykłady dramatycznej sytuacji osoby, która przed wypłatą musi się mierzyć z dylematem: zjem czy nie zjem, bo takie też pojawiały się w opisywanym tekście, jest śmieszne. A właściwie ośmieszające, osoby w naprawdę złej sytuacji finansowej. Dla tych które zastanawiają się: czy będzie za co kupić mleko dla rocznego maleństwa, a nie do egzotycznego dania. Dla tych które zastanawiają się skąd wziąć 10 złotych na bilet do kina dla siedmiolatka, żeby mógł iść z całą klasą, a nie kłamać, że jest chory żeby nie musieć się wstydzić. To są problemy. To są nieszczęścia.

Przeplatanie tych prawdziwych dramatów (brak pieniędzy na systematyczne opłacanie ogrzewania), z dość trywialnymi (konieczność ograniczenia się do knajp gdzie pracują znajomi, bo można liczyć na rabat) dyskredytuje całą tę historię. Nie wiem czy był to zabieg celowy, ale wyszło słabo. Aż chce się cały tekst oznaczyć szyderczym hashtagiem #ProblemyPierwszegoŚwiata.

Idę poszukać jakiejś świeżo malowanej ściany i pooglądać jak farba schnie, może trochę mnie to uspokoi.

Majka

Share
  • Oplułem monitor… Nie wstawiaj notek jak jestem w pracy…

  • ptaszek

    A ja nie chodzę do kina bo nie mam z kim, a jak widać chodzenie z kimś jest bardzo drogie. Korzystam więc z wypożyczalni internetowych.
    Chorowanie -raczej staram się nie chorować. Ani nie chodzić do lekarza jeśli się przeziębię bo co on mi może powiedzieć? Że za tydzień będę zdrowy? Albo jak kiedyś usłyszałem „To co panu przepisać?”

    • Jak ktoś jest Terminatorem to nie musi chodzić do lekarzy, a jak ktoś jest susłem to mu nawet gripex od Dr. Oetkera nie pomoże

  • Najbardziej mi się podobała dyskusja bohaterki wywiadu z Pawłem, gdzie broniła się, że ona tego artykułu nie napisała i nigdzie ze swoimi poglądami się nie pchała, tylko ktoś ją poprosił o wywiad, więc powiedziała co myśli o tej całej Polsce. A na jakiekolwiek argumenty odnośnie jej bezsensownej postawy wobec życia odpowiadała „nie róbcie afery o nic” lub niczym Natasza Urbańska „wielki mi big deal” 😉

  • ozizu

    Świetny tekst, skojarzenia miałem podobne (ale nie tak daleko idące – brawa!) podczas czytania tego tekstu niedługo po premierze.

  • Najgorsze jest to, że młodzi ludzie mają jakiekolwiek roszczenia do pracodawców, bo oni studia przecież skończyli. Niech by i to była najlepsza uczelnia – po studiach jesteś nikim, jeżeli nie masz żadnej praktyki w zawodzie. A nie wierzę, że całe 5 lat ktoś się tak pilnie uczył, że nie miał czasu na praktyki…