To, że wyszukiwanie w mediach społecznościowych osób, które starają się o pracę jest standardem, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Tak mi się zdawało dopóki nie przeprowadziłam większej rekrutacji. Człowiek zaczyna przeczesywać głębie Internetu, Wujek Google śmiga jakby w kopalni go zatrudnili, a Fejsbunio zdradza ciekawe zakamarki internetowego życia potencjalnych pracowników. To co można znaleźć bywa dość intrygujące.

szlachta nie pracuje

Wyszukiwanie po imieniu i nazwisku nie zawsze się jednak sprawdza, bo ilość wyników odstrasza od sprawdzenia kandydata, ale wyszukiwanie po e-mailu daje znacznie bardziej satysfakcjonujące wyniki. Wchodzisz sobie na profil jegomościa, który w liście motywacyjnym zapewnia, jak to chętnie podejmie pracę, a na profilu na FB ma zaznaczone w rubryce praca, że “Szlachta nie pracuje”. Nie będę przecież przeszkadzać arystokracji, tak mało nam jej zostało. Niech się zajmą przywracaniem monarchii albo starej dobrej demokracji szlacheckiej. Chociaż i tak lepsi są ci którzy mają w rubryce praca “mam w dupie”, jeżeli nie starasz się o pracę u proktologa to może lepiej nie prezentować takich opinii publicznie?

Odradzam też opcje udostępniania informacji “znajomym znajomych”. Świat jest mały, a zgodnie z teorią „Sześciu stopni oddalenia” od dowolnego człowieka na planecie dzieli nas 6 podań ręki (znajomych znajomych). A teraz pomyśl ile osób może Cię dzielić od rekrutera w mniejszej przestrzeni np. miasta, w którym mieszkasz od urodzenia, przeszedłeś całą ścieżkę edukacji i chcesz pracować?

Ustawienia prywatności na portalu społecznościowym to nie jest polski system podatkowy i większość ludzi jest w stanie je opanować bez popadania w obłęd. Włosy mi się na głowie jeżą kiedy widzę na profilu osoby, która wysłała do naszej firmy aplikację, zdjęcia z imprezy, której bym się nie powstydziła w najdzikszych studenckich czasach, czy pierwszą kupę dziecka zrobioną na nocnik. Kurde, jak chcesz się tym dzielić z ludźmi, to proszę bardzo, nie mój biznes, ale może nie publicznie?

Najlepiej, z mojego punktu widzenia, wypadają w takim sprawdzeniu, osoby o których ciężko coś znaleźć lub które nie mają udostępnionych zbyt dużo informacji.

Kamila z Treningu Kariery kiedyś opowiadała o kobiecie, z którą zetknęła się na drodze zawodowej. Kamila nie mogła zrozumieć dlaczego z takim doświadczeniem i umiejętnościami, nie może ona znaleźć pracy. Wujek Google szybko jej odpowiedział. Kiedy poprosiła kobietę o wyszukanie siebie w sieci owa pani podsumowała wyniki wyszukania jednym słowem. Tak, tym słowem, które ma tyle znaczeń w naszym pięknym języku.

Dawno temu, w czasach tak prehistorycznych, że serwis „nk” nazywał się Nasza klasa” i służył do utrzymywania kontaktów ze znajomymi ze starej szkoły, szef mój zatrudnił nowych asystentów. Ponieważ miałam ich przyuczać poprosiłam o ich CV żeby zobaczyć kto to. Oczywiście szybko wyszukałam ich konta i właśnie na Naszej klasie, znalazłam zdjęcie jednego z nich w rajtuzach. Hm.. ja rozumiem zabawa zabawą, ale ja nie powinnam mieć dostępu do takich zdjęć. Mina szefa gdy mu pokazałam zdjęcie owego chłopaka w rajtuzach – bezcenna. Od tamtej pory dostawałam do zweryfikowania aplikacje wszystkich osób, które chciał zaprosić na rozmowę 🙂

Innym razem do mojego działu miała przyjść do pracy nowa dziewczyna. Działo się to trochę później, w czasach, gdy w większości rozmów używało się zwrotu “jest taka strona na fejsie”. Sprawdziłam ową dziewczę i zapałałam do niej niezwykłą, platoniczną miłością. Strony, które lubiła pokrywały się z moimi upodobaniami niemal w 90%. Chociaż nie powinnam widzieć tych informacji, ale tym razem na fali rzewnego uczucia wybaczyłam. Pierwszego dnia jej pracy ustawiłam sobie na komputerze tapetę z ulubionym aktorem z jednego z oglądalnych przez nas seriali. Przyszła, zobaczyła, maślane oczy zrobiła. Lody były przełamane i znajomość zaowocowała przyjaźnią. Takie sytuacje należą do rzadkości. Częściej efektem wyszukania kogoś jest uprzedzenie do kandydata lub nawet skrajna niechęć, a tę ciężko zwalczyć.

Prowadząc bloga, udzielając się w Internecie świadomie rezygnuję z części swojej prywatności. Staram się jednak żeby była to ta cześć, którą chce upubliczniać. Regularnie sprawdzam co o mnie w sieci piszczy, i czy będę się miała z czego tłumaczyć jak mama to przeczyta. 🙂 Opinia mamy, obok potencjalnego pracodawcy, to dobry wyznacznik, jak nie wiesz czy coś opublikować publicznie czy prywatnie. Jak nie chcesz żeby, którekolwiek  z nich zobaczyło jakieś zdjęcie to o to zadbaj. Pamiętając staropolskie przysłowie “w sieci nic nie ginie”.

Co prawda nasza sytuacja trochę się polepszyła od kiedy Wujek Google, za dobrą radą Cioci Unii Europejskiej, pozwolił nam wnioskować o usunięcie z wyników informacji o sobie, ale nie łudźmy się, Internet nie zapomina. Internet czeka na moment, gdy będziesz znanym politykiem i te informacje będą potrzebne Twoim oponentom. Albo kiedy Twoje nastoletnie dziecko postanowi sprawdzić czy rzeczywiście, tak jak mu wmawiasz, nie piłaś alkoholu do 25 roku życia, ani nie chodziłaś na te pogańskie dyskoteki gdzie odchodziły swawole. Niestety, jak słusznie prawił Paweł Tkaczyk na ostatnim infoshare, wisi nad nami „groźba nieśmiertelności„. Tylko w sieci oczywiście, ale to chyba gorsze.

A teraz dla zabawy wyszukajcie siebie w Google. Najlepiej za pomocą adresu e-mail, z którego wysyłacie CV. Znaleźliście coś ciekawego?

Majka

Źródło zdjęcia: 1

Share
  • AnatomiaZycia

    Uf… od razu sprawdziłam. Jak dobrze, że mam jeden @ dla „zabawy”, a inny oficjalny 😀 W dodatku od jakiegoś czasu zbieram się do przejrzenia archiwum fb i sprawdzenia, czy nie ma tam czegoś czego nie powinno. Tak na wszelki wypadek…

    • Skorzystaj z funkcji „Wyświetl jako…” na Twoim profilu FB. Dostaniesz taki obraz jak pracodawca, który Cię wyszuka. Ba, możesz sobie wykreować ten obraz.i celowo udostępnić treści, które mogą pokazać Ciebie korzystniej:)

  • Monika Petryna

    co jakiś czas sprawdzałam wyniki po imieniu i nazwisku, nigdy nie przyszło mi do głowy coś tak prostego jak sprawdzenie po @ 🙂 ale spoko, wynik w porządku – wyskakuje tylko blog, którego się nie wstydzę 🙂

  • AnatomiaZycia

    To jest całkiem dobry pomysł 🙂 Nie pomyślałam, aby na fb udostępniać takie informacje, ktore mogły by być interesujące dla partnerów i pracodawców… hm…. trzeba to szybciutko naprawić.

  • Zwykły ludź nie zaznajomiony ze mną… widzi 99,9% tego co publikuję w sieci czy to na socialach czy to na fb.
    Z prostego powodu – jeśli coś nie nadaje się do oglądania przez oczy obcych, tym bardziej nie chcę się tym chwalić znajomym 🙂

    • To też jest jakaś strategia. Ja jednak część informacji zachowuję tylko dla znajomych. Nie tylko dlatego, że nie powinno ich oglądać publiczne oko, ale bardziej dlatego, że chcę mieć trochę prywatności.

  • „Wchodzisz sobie na profil jegomościa, który w liście motywacyjnym zapewnia, jak to chętnie podejmie pracę, a na profilu na FB ma zaznaczone w rubryce praca, że “Szlachta nie pracuje”. Nie będę przecież przeszkadzać arystokracji, tak mało nam jej zostało.” <3