informatykJakiś czas temu stanęłam w obronie biednej, uciśnionej grupy jaką są “informatycy” wszelkiej maści [Czytaj: Nie proś znajomego informatyka o zmianę tapety!], dziś dla odmiany będę podpowiadać jak ich wykorzystywać (nie cieszcie tam michy koderzy i inni komputerowcy, w sensie komputerowym, a nie seksualnym), ale tylko w pracy. Czas prywatny zostawcie im na rozwijanie swoich pasji i wyrywanie lasek (he he – ale mam serię prześmiesznych żarcików o informatykach, he he, wyrywanie lasek…).

Informatyzacja zjada Nas na każdym calu, w urzędach dobijając Panie Krysie, w życiu prywatnym i przede wszystkim w pracy. Pojawia się coraz więcej cudów techniki i zmyślnych programów, które mają nam ułatwić wykonywanie obowiązków i sprawić żebyśmy mieli więcej czasu na kawę i plotki w biurze. To idylliczne założenie upada na mordę, gdy za projektowanie i tworzenie biorą się osoby, które nie mają przyjemności potem korzystać z własnych dzieł i nie znają specyfiki pracy. Albo co jeszcze lepsze, gdy wewnętrzny program został zaprojektowany 10 lat temu i w firmie nie ma nikogo kto wie jak on powinien działać. Dodajmy do tego worek monitorów CRT, dorzućmy komputery z komisu po likwidacji szkoły podstawowej i otrzymamy mieszankę, która nie jest w stanie działać poprawnie, ale jednak to robi. No, przynajmniej w akceptowalnym stopniu. Dzieje się tak za sprawą firmowego informatyka albo, jak się w firmie powodzi, całego ich działu.

Taki biedny, firmowy informatyk musi znać się na wszystkim. Kiedyś już tłumaczyłam, że z informatykami jest jak z lekarzami, każdy ma specjalizacje i trzeba to uszanować, ale firmowy informatyk to co innego. On zwykle został zatrudniony jako “ten od komputerów” i musi ogarniać wszystko, co jest z nimi związane od podłączenia myszki, po wkręcenie żarówki w serwerowni. Oczywiście jest on niezwykle zabiegany i nigdy nie ma czasu. Jak “nowoczesna” technika zawiedzie Nas w pracy i bardzo potrzebujemy jego pomocy, na bank będzie robił coś ważniejszego np. instalował nowego office’a na komputerze syna kochanki prezesa. Jak więc rozmawiać z informatykiem aby zdobyć jego uwagę?

informatyk

Niełatwe to zadanie i wymaga subtelności.

Pierwszą metodę zdobywania uwagi informatyka nazwijmy “na Zucha”, bo patrzyłam ją u Macieja Mazurka w tym o to komiksie (motyw ze zmianą tapety też tam).

Polega ona na dokarmianiu informatyka za każdym razem jak odwiedza nasze biurko. Dobrze mieć w tym celu ciasteczka schowane w szufladzie. Trzeba uważać jednak żeby taki się nie rozbestwił i nie zaczął domagać się jedzenia za każdą pomoc (nawet za tą, która zlecił mu szef). Miałam kiedyś takiego w firmie, który domagał się jedzenia, za cokolwiek by nie zrobił. O ile w przypadku odblokowania fejsa było to uzasadnione to już w przypadku instalowania programu, bez którego nie można pracować to nie bardzo.

Kiedyś zablokował całemu działowi handlowemu FB na kilka dni domagając się kanapek dla całego pokoju informatyków. Biedne dziewczyny ugięły się już po 2 dniach.

Kolejną metodą jest podrywanie, ale z tym nie należy przesadzać, bo skończy się ślubem jak u mnie i u Pysia, i delikwent przestanie Ci pomagać w czymkolwiek. I będzie pomagał tylko atrakcyjnej księgowej. Oczywiście w celu podrywania dobrze być względnie atrakcyjnym. Co w przypadku kobiet może ograniczyć się do posiadania cycków.

Moją ulubioną metodą zwabienia informatyka do pomocy jest zaintrygować go. W tym celu należy w taki sposób przedstawić swój problem, aby informatyk przyszedł z czystej ciekawości zobaczyć co się dzieje. Jak już przyjdzie to przy okazji naprawi.

Przez jakiś czas pokazywały nam się w edytorze tekstów takie okropne krzaczki, co było permanentnie ignorowane pomimo kilku zgłoszeń. W końcu poszłam do jamy programistów odpowiedzialnych za ten program, żaląc się, że edytor pokazuje mi “faki”. Rzeczywiście owe krzaczki wyglądały trochę jak dłoń z uniesionym środkowym palcem. Mój opis na tyle zainteresował dumnych twórców kodu, że przyszło aż dwóch oglądać. I nawet naprawili. Tego samego dnia! Dało się? Dało!

Ostatnia metoda, której nie polecam, chyba że w ostateczności, jest zgłaszanie błędu przy szefie. Trzeba wyczaić moment, gdy będzie w pokoju informatyków i wtedy tam wejść i oznajmić, wielce rozżalonym tonem, że nie możesz pracować, bo coś tam nie działa. Który przełożony nie zatroszczy się o to by Twój czas w biurze nie płyną bezproduktywnie?
Podkreślam, że jest to ostateczność i generalnie nie wolno jej stosować jeśli istnieje cień szansy na osiągnięcie celu innymi metodami. I można po nią sięgnąć, tylko jak pomoc mistrza komputerów jest nam niezbędna. Dopóki możemy pracować na liczydle lepiej to róbmy…

Dobrze stosować te metody naprzemiennie, a najlepiej po prostu dobrze żyć z działem informatyków. Warto czasem z nimi na piwo skoczyć i NIGDY nie prosić informatyków o zmianę tapety 🙂

Majka

Źródła zdjęć: 1, 2

Share
  • Zgłaszanie błędu przy szefie w prostej linii prowadzi do zablokowania fejsa, pudelka i wszystkiego co nie jest niezbędne do pracy.

    Dodatkowo każda prośba o pomoc kończy się stwierdzeniem „wystaw ticket”, a następnie zlewaniem tego maksymalnie długo.

    Dodatkowo zyskujesz nowego wroga, potężnego wroga…

    • Dlatego napisałam, że to ostateczność i że nie polecam 🙂

  • Ja wabiłam w pracy na ciastka i kanapki 🙂

  • Mnie tam nikt nigdy nie chciał dokarmiać 🙁

    • Ale o podrywaniu nic nie wspominasz 😉