To będzie krótka notka oparta na faktach autentycznych, które wydarzyły się tego tygodnia.

 Dzień pierwszy.

gdansk-109902_640Poniedziałek, promyki słońca muskają mą twarz, telefon zaczyna odtwarzać najbardziej zwkurzającą muzyczkę ever. Oznacza to tylko jedno, czas wstawać. Szczanie, mycie, budzenie żony, ubieranie się, czas do huty. Oh wait! Wcale nie! Czas do Lidla po rowerowe rzeczy!

Pięć minut przed godziną 8:00 mój czołg zatrzymuje się na parkingu. Oczywiście wybieram dozwolone miejsce, bo nie muszę koniecznie stać 5 cm od wejścia. Od przejścia 50 metrów jeszcze nikt nie umarł (trwałe kalectwo to co innego, ale skupmy się na śmierci). Przed wejściem kolejka. Nagle otwarcie, ruszyli… Teraz następuje tratowanie innych ludzi, kopanie, uderzanie wózkami, wpierdalanie się. Udało mi się kupić to, co chciałem. Inni też kupili, tak jak pan, który wziął wszystkie softshelle w rozmiarze M. Co jest z tymi ludźmi?

 Dzień drugi.

Ja rozumiem, że nie każdy może być takim mistrzem kierownicy jak ja. Ok, wybaczam. Ale na bladą twarz Michaela Dżeksona! Włączajcie kierunkowskaz przed, a nie w czasie skrętu gdziekolwiek. Oczywiście nie śmiem prosić o sygnalizację manewru przed naciśnięciem hamulca do oporu… Do tego włączenie świateł awaryjnych nie oznacza, że możecie zatrzymać się gdziekolwiek.

 Dzień trzeci.

RowerTak jak podczas dnia pierwszego, szczanie, mycie, budzenie, ubieranie. Tym razem rower. Napieram w kierunku huty, nowiuteńkie hamulce jeszcze błyszczą. Czuć zapach świeżej, utwardzanej gumy na zaciskach. Nawet scentrowane przednie koło nie przeszkadza. Las, ptaków śpiew, potoku szum. Po pokonaniu wielkiej góry śmierci, zniszczenia, bólu, wojny i ognia wyjeżdżam na główną arterię. W końcu płasko, jadę drogą dla rowerów, rozpędzam się. Tylna przerzutka z najniższej i najtańszej możliwej grupy osprzętu, pamiętająca jeszcze złote lata dziewięćdziesiąte, z pewnymi oporami zmienia zębatki na coraz mniejsze. Prędkość rośnie, na blacie już prawie 35km/h, pełna moc.

Tylko dlaczego, człowieku, mając cały chodnik, dwie ławeczki, stoisz na środku ścieżki rowerowej? Ja rozumiem, że jest przystanek i czekasz na busa, ale do czarnej niczym wyngiel, czemu musisz stać na środku i paść się razem ze swym bachorem? Heble, redukcja i rozpędzanie od nowa. Na szczęście po 3 kilometrach w oddali majaczy huta. Po drodze kolejny przystanek i znowu ludzie na środku. Ech…

 Dzień czwarty.

Ostatnie znaczki w Visual Studio, ostatnie testy, ostatnia zmiana konfiguracji na serwerach i do domu (pewnie gdzieś literówkę zrobiłem i będzie fakap, ale to nie jest tematem tego wpisu)! Po pracy, jak to w czwartek, dzień siłki. Niestety brak płynów, trzeba kupić. Bieda po drodze, to jedziemy. Szybko po wodę i do kasy. Jak wiadomo, w naszym continuum czasoprzestrzennym bez pocztu królów polskich nie zapłacisz. Podobno można telefonem, ale ja nie umiem. Staję w kolejce, jak zawsze grzecznie. Przede mną pani, która żyje w innym świecie, w świecie płatności kartą w biedronce. 5 minut oczekiwania, aż wyjmie pieniążka z hajsmaszynki. Przy okazji dwa razy zgubiła swoje bachorzątko, które tylko 4 razy wpadło komuś pod wózek, niestety przeżyło, co oznacza, że zła pula genów nadal jest w społeczeństwie.

Dzień piąty.

To jutro, ale jadę czołgiem do pracy, więc na pewno jakaś okoliczność w stylu “jakiś idiota zajedzie mi drogę, wymusi pierwszeństwo, będzie jechał gorzej ode mnie” nastąpi.

 Podsumowanie:

Ludzie, na Światowida, proszę was! Używajcie mózgu! Nie bądźcie takimi samolubami! Nie jesteście sami na tym płaskim, podtrzymywanym przez 4 słonie stojące na skorupie żółwia świecie.

Ps. Ten wpis dedykuję wszystkim ludziom, którzy mnie wkurzają. Oczywiście stosowny podkład muzyczny także jest: http://www.youtube.com/watch?v=xfnm9V9cEQo

Esio

Share