KaloszeJako napływowa mieszkanka wsi muszę posiadać kalosze.  Nie takie lanserskie z pikowanymi wstawkami i w najmodniejszy wzór, tylko zwykłe chamskie gumiaki. W zabłoconej wsi, gdzie nie ma prawdziwych dróg i trzeba czasem powyrywać chwasty z trawnika, który ma predyspozycje żeby zostać kiedyś pięknym, nie można żyć bez kaloszy. Zwłaszcza na początku mieszkania, gdy ogród jest na etapie tworzenia i dbanie o niego polega głównie na wybieraniu kamieni z błota, sianiu pierwszej trawy i innych czynnościach, które wymagają schowania szpilek do szafy i przywdziania prawdziwych kaloszy.

Próbowałam nabyć takowe przez kilka lat. Początkowo nie był to palący problem, bo poszukiwania rozpoczęłam zanim na mojej wsi zamieszkałam. Jednak już pierwszej wiosny poszukiwania musiały nabrać tempa i każdy sklep gdzie było widać kawałek gumowego buta był przeze mnie penetrowany. Oczywiście poszłam w końcu poszłam po rozum do głowy i zamiast przeszukiwać sklepy obuwnicze zaczęłam rozglądać się w sklepach ogrodniczych i budowlanych.

W obuwniczych można obecnie znaleźć zatrzęsienie obuwia, które udaje kalosze, ale tylko z nazwy. Są to bowiem tylko śliczne buciki, które pełnią funkcje bardziej ozdobną niż praktyczną. A to wszystko wina hipsterów, którzy zaadaptowali kalosze do swojego stylu i tak oto normalni użytkownicy poszli w zapomnienie. Obecnie projektuje się je coraz węższe, co jest pewnie związane ze szczupłymi, męskimi, bezradnymi nóżkami, będącymi w modzie, wśród hipsterskiej gawiedzi. I to na tyle wąskie, że moje wcale nie największe łydki nie chciały w nie wejść i to w cienkich rajstopach, a co dopiero o grubych roboczych spodniach mówić. Jako osoba nosząca rozmiar 36 (w sklepach, które zaniżają numerację nawet 34 – te sklepy lubię najbardziej), byłam mocno zaniepokojona efektami tych przymiarek.

kaloszeNie tylko niepraktyczny krój stanowił dla mnie barierę do zakupu, ale kosmiczne ceny, bo mogły się wziąć tylko z innej planety. Przecież nikt normalny nie zażąda od ludzi za gumiaki równowartości ceny skórzanych kozaków. Nawet jak pominiemy markowe kalosze za kilkaset złotych (sic!) to i tak zostaniemy zasypani butami za kilkadziesiąt złotych i to w sklepach z najtańszym obuwiem! Ponieważ nie zwariowałam od nadmiar gotówki, uparłam się nie kupować kaloszy za astronomiczne kwoty, tylko znaleźć zwykle gumiaki w sklepie ogrodniczym lub budowlanym. Zarówno pierwsze, jak i drugie mnie zawiodły, bo dostępne tam modele daleko przewyższały rozmiar mojej stopy. W końcu po miesiącach poszukiwań natrafiłam na wymarzoną parę. Stały tam, z innymi, na dziale ogrodowym i czekały aż ktoś je kupi. Nie miały co prawda dziwnych wzorów typu cętki lub słoneczka, ale były w dość jaskrawych kolorach. Były za to w normalnej cenie trzydziestu paru złotych (po przecenie, bo to była końcówka sezonu).

Od zeszłej jesieni jestem szczęśliwą posiadaczką czerwonych kaloszy, w których dumnie paraduję po wsi, wzbudzając zachwyt sąsiadek. Nie zbankrutowałam przy tym, i mogę na hipsterską modłę wyjść czasem w nich na miasto. Jak muszę dość w deszczu na wiejski autobus, ale jednak!

Za moje niepowodzenia w poszukiwaniu kaloszy obwiniam hipsterów. To ich wina, że producenci olewają zwykłych ludzi i pomijają podstawowe funkcje jakie kalosze powinny pełnić. Hipsterzy ukradli nam kalosze. Nie znajdziemy już tak łatwo gumiaków, które sprawdzą się na w najgorszym błocie. O nie! Liczą się tylko oni: i ich chude bezradne nóżki, i ich upodobanie do kwiecistych kaloszy, i panterek, i kratki, i portfele, które zaakceptują wydatek kilku stówek na ładne kaloszki. Kiedyś też sobie kupię takie lanserskie i pójdę w nich na sushi, może wtedy zrozumiem szaleństwo tego świata.

 Majka

Share
  • Oj prawda. Ultramaratony zdeptałem za moją dziewczyną, która szuka dobrych kaloszy. A jej praca wymaga dobrych kaloszy, bo projektowanie ogrodów to raczej łażenie po wykopach i błocie, niż wizualizacje słonecznych krajobrazów za czyimś domem.
    No i kalosze to konieczny artefakt. To pewnie taka kobieca przypadłość, albo coś na kształt poszukiwań Graala. Te z Lidla tanie, ale niewygodne. W Decathlonie nie ma rozmiaru. W ogrodniczym paskudnie brzydkie, a budowlane śmierdzą gumą (pewnie dlatego, że to kalosze…).
    Gratuluję odnalezienia tych jedynych, idealnych.

    • Dziękuję, ale cała zabawa polegała na tym, że ja nie szukałam idealnych tylko takich, które:
      – są w moim rozmiarze;
      – nie kosztują milionów monet.
      I nie mogłam takich znaleźć przez kilka lat! Nawet bym przygarnęła takie śmierdzące gumą, ale mieli tylko męskie. Nawet w budowlanych teraz z damskich kaloszy tylko takie drogie fikuśne mają.