Ostatni piątek miałam cały zaplanowany. Z rana badania pracownicze, potem wykłady na uczelni (takie dobrowolne), później planowałam w końcu wypożyczyć książki do mgr, której połowę muszę oddać do końca grudnia, wpaść na chwilkę do domu i wyruszyć z Pysiem na wielkie świąteczne wydarzenie do Dobrowolskiej i Esia.
Ponieważ jednak mój harmonogram kolidował z tym co dla mieszkańców Trójmiasta (i okolic) zaplanował niejaki Ksawery ostatecznie musiałam mocno zweryfikować plany na cały weekend.
Zaczęło się dość niewinnie, bo od kilku minutowego opóźnienia autobusu. Nawet się zbytnio nie przejęłam. Ot, nic nadzwyczajnego przy takiej pogodzie. Odrobinę zmartwiło mnie, że na docelowy przystanek autobus dotarł już z prawie godzinnym opóźnieniem. Ledwo zdążyłam załatwić badania, ale dalej miałam dobry humor, bo przecież mogłam się nie wyrobić.

Spokojnie przeniosłam się na uczelnie. Do wykładu miałam jeszcze jakieś 40 minut, więc postanowiłam odebrać książki z biblioteki (i pomalować paznokcie ukrywając się w toalecie). Niestety akurat w piątki biblioteka jest otwarta od 16. No nic, postanowiłam po wykładzie poczekać tę godzinkę, bo w weekend planowałam mocno nadrobić zaległości w pisaniu pracy magisterskiej, a bez pomocy naukowej nie da rady.

Wykłady się odbyły z małym zgrzytem, bo nie doleciał z Warszawy jeden prelegent, ale na jego miejsce wskoczył inny, więc dalej nie odczuwał zbytniej niechęci do Ksawerego.
Z biblioteki, z torebką pełną książek, wyruszyłam po 16 na dworzec PKS w Gdańsku Głównym. Dodam, że książek miałam tyle, że torebka się nie zamykała, więc trochę zmokły po drodze. Żeby nie było mi za lekko na drogę do czytania miałam piąty tom Harrego Pottera, którego po raz nie wiem, który czytam. Objuczona jak muł dotarłam na przystanek prywatnego autobusu, bo tylko takie na moja wioskę jeżdżą. Zobaczyłam mały tłum, ale jak na tę godzinę nawet mnie nie zdziwił. Kilkanaście osób zamiast kilku to żadna różnica. Problem zaczął się gdy ludzi przybywało, a kolejne autobusy się nie pojawiały.
Musiałam podjąć strategiczną decyzję: chować się przed śniegiem i wiatrem pod wiatą gdzie ledwo się zmieszczę, czy stać przy krawężniku żeby jak nadjedzie autobus załapać się na miejsce siedzące? Wybrałam to drugie, podskakując i tuląc torebkę jak najbliżej siebie, trwałam na posterunku. Cały czas byłam na łączach z Pysiem, który próbował z pracy z Sopotu przez Gdynie itd. dojechać do domu i też nie szło mu najlepiej.
Po ponad godzinie pojawił się pierwszy autobus jadący w moje okolice, ale nie dojeżdżający do mojej wioski. Po kilku minutach pojawił się kolejny, aż w końcu, gdy na przystanku zostało nas już kilka zdesperowanych sztuk przyjechał ten wyczekiwany! Na nieszczęście okazało się, że ma zmienioną trase i żadne autobusy nie jadą do mojej wioski i jeździć przez najbliżej godziny nie będą…
Z rozmów podsłuchanych na przystanku i z informacji wymienianych z innymi oczekującymi wiedziałam już, że inne drogi prowadzące do domu też są nieprzejezdne. W tym czasie Pyś schronił się u swoich rodziców i przeczekiwał do rozładowania korków. Nie było więc szans, żeby mnie odebrał z jakiejś okolicznej wioski.
Zastanawiałam się czy nie ewakuować się z centrum tramwajem do rodziców, ale po konsultacji z Pysiem uznałam, że pojadę bezpośrednio do Dobrowolskiej i Esia, gdzie trwały przygotowania do Piernisiowania. Skoczyłam tylko po suche rękawiczki i skarpetki i przedzwoniłam do Ani czy mogę być wcześniej, co przyjęła z wielkim entuzjazmem. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu do niej autobus przemkną prawie bez opóźnienia. Dotarłam szczęśliwie, pewna, że za kilka godzin mój skarb przyjedzie po mnie i nawet nie tknęłam alkoholu dopóki nie ustaliliśmy kto będzie wracał z Piernisiowania.
Imprezka polegająca na wspólnym pieczeniu i zdobieniu pierników, połączona ze spożywaniem alkoholu okazała się strzałem w dziesiątkę i już planujemy stworzyć z tego tradycję.
(Przepis na pierniki i relacja będzie w osobnym poście)
Niestety radość z Piernisiowania popsuł mi Ksawery, którego moc odczułam dopiero siedząc bezpiecznie z kieliszkiem wina w sukience pożyczonej od Dobrowolskiej (przecież nie mogłam wystąpić w wielkim golfie, w którym wyszłam z domu skoro Dobrowolska wyglądała jakby uciekła z okładki poradnika do idealnych gospodyń ze Stepford). Okazało się, że Pyś nie jest w stanie dotrzeć do domu. Wyjechał nawet, cofną się jednak po tym jak przez godzinę pokonał kilometr. Dodatkowo sąsiedzi donosili, że nie można dostać się na naszą ulicę więc samochody trzeba zostawiać ulice dalej. Niestety piec dał znać, że się wyłączył (tak, mój ukochany programista podłączył do niego czujniki, które można monitorować on-line) więc chcąc nie chcąc wsiadł w samochód i brnął przez wszelkie przejezdne boczne drogi. Przed północą dotarł jakoś i mogłam z czystym sumieniem przystąpić do nadrabiania zaległości w piciu i ozdabianiu pieników, które powstały jak co parę sekund sprawdzała telefon.
Rano grzecznie wstałam i wyruszyłam do domu. Cała szczęśliwa, że zdążyłam dobiec na autobus, gdzie zostałam poinformowana przez pana kierowcę, że radość moja była przedwczesna, bo moja wioska dalej jest omijana przez autobusy i jak chce to mogę co najwyżej się zabrać do Żukowa. Ponieważ moja osada sąsiaduje z tym centrum cywilizacji stwierdziłam bez większego zmartwienia, że jadę, bo stamtąd Pyś mnie zgarnie.
Kiedy wysiadłam z autobusy zadzwonił Pyś informując mnie, że chętnie by mnie odebrał, ale nasza droga jest odcięta od świata i nie ma szans żeby wyjechał. Ponieważ znajdowałam się w cywilizowanym miejscu, za radą Pysia, postanowiłam zainwestować w taksówkę. Znalazłam postój, co prawda pusty, ale z tabliczką z aż 6 numerami komórek do taksówkarzy.
1. Nie odbiera.
2. Nie może wyjechać spod domu, bo jego osiedle jest zasypane.
3. Numer nieaktualny.
4. Zakopał się gdzieś w zaspie.
5. Jeździ do 14 dopiero.
6. Też gdzieś utknął w śniegu.
Wzięłam kilka głębokich wdechów i poszłam pochodzić po przystankach, żeby zobaczyć czy chociaż podjadę gdzieś bliżej domu. Autobusy jednego przewoźnika, jak już wiedziałam nie jeżdżą wcale przez moja wiochę. Komunikacja gdańska zapuszcza się w te okolice tylko czasem w dni powszednie, a gdyńska staje tylko kilka kilometrów od domu, ale miała być za półtorej godziny.
Kolejne kilka wdechów i postanowiłam iść na piechotę. Po pół godziny brnięcia w śniegu w końcu dopadł mnie kryzys i chciałam wracać, zaszyć się w jakimkolwiek miejscu gdzie podają gorącą herbatę i czekać do wiosny. Pamiętajcie, że byłam obarczona kilkoma książkami z biblioteki i opasłym tomem przygód małoletniego czarodzieja. Pyś kazał łapać stopa. Nie wyszło, chyba mało przekonująco machałam… 🙁
W końcu trafiłam na fragment odśnieżonego chodnika, co dodało mi wigoru i zaczęłam machać energiczniej. I wtem anioł z pomarańczowa szuflą do śniegu zstąpił na drogę przede mną: niania mojej chrześnicy. Ponieważ byłam już na drugiej stronie załamania z radością podzieliłam się z nią swoją opowieścią o próbach dotarcia od dnia poprzedniego do domu. Biedna dziewczyna lekko zgłupiała, bo widziała mnie może 2-3 razy w życiu i ledwo kojarzyła, a ja nadawałam do niej na granicy szaleństwa. Żeby ją upewnić, że nie jestem jakąś obcą wariatką i przypomnieć skąd mnie zna wymieniła kilka razy imię mamy małej, którą ona się opiekuje. I wtedy gdy już skojarzyła skąd się znamy zaproponowała, że mnie podrzuci!
Z tej radości po drodze nadawałam jeszcze więcej (biedna dziewczyna). Wysiadłam w centrum mojej wiochy, bo nie śmiałam prosić żeby dalej mnie podwiozła żeby się nie zakopała. Pełna radości zaczęłam przedzierać się przez sięgające miejscami do połowy ud zaspy ku domowi. Pyś wyszedł mi na spotkanie, bo książki z biblioteki ciążyły coraz bardziej.
Dotarłszy do domu odkryłam, że Mikołaj jednak o mnie nie zapomniał i w kapciu czekał na mnie słoik
UWAGA!Fasolek wszystkich smaków!
Chyba podróby, bo nie było o smaku glutowym, ani trolowym, ale i tak cieszyłam się jak głupia. Inna sprawa, że po przygodach z powrotem na sam widok ciepłych kapci też pewnie byłabym bliska płaczu ze szczęścia.
I tak oto kończy się przydługa historia powrotu do domu, który zaczął się po 16 w piątek, a skończył po 13 w sobotę. Uroki mieszkania na wsi pełną parą 🙂
Majka
Share