Dzisiaj kolejna część kosmetycznego planu oszczędnościowego, tym razem trzy najlepsze i przede wszystkim – bardzo tanie kosmetyki kolorowe. W niczym nie ustępują droższym odpowiednikom, a często nawet je przewyższają – oczywiście jakością. Nie ma wśród nich kosmetyków podstawowych, czyli podkładu i tuszu do rzęs. Mimo mojego eksperymentalnego (w kosmetycznym zakresie) podejścia do życia, nie zaryzykowałabym położenia sobie na twarz podkładu za 10,00 złotych, ale jeśli macie swoje typy, czekam na sygnał, może się odważę…
Co do tuszu – myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że przetestowałam ich dziesiątki – tak, naprawdę dziesiątki. W mrocznych czasach, które odeszły w zapomnienie, potrafiłam mieć „na stanie” 8 (osiem!) otwartych opakowań tuszu i używać ich na zmianę, bo nie mogłam się powstrzymać przed wypróbowaniem:
– rewolucyjnej szczoteczki,
– niemożliwie głębokiej czerni,
– maksymalnego pogrubienia,
– niebiańskiego podkręcenia
– i perfekcyjnego rozdzielenia,
które obiecywał mi każdy z producentów…
Oczywiście w 80% przypadków były to obietnice bez pokrycia. Dlatego też tusz – hit będzie, ale nie będzie to tanioszka, a raczej tusz – jem suchy ryż do końca tygodnia.
Wracając do meritum – poniżej kolorówkowy żer dla skner.
1. Kredka do oczu Essence Longlasting

Moje perypetie z kreską na powiece to materiał na osobną notkę. Długo wzbraniałam się przed używaniem kredki, bo wydawało mi się, że wymaga to bezwzględnie rysowania kreski nad dolną powieką, co jawi mi się jako największy koszmar współczesnej kobiety. Zmagamy się z ogromem przeciwności losu: wydajemy kupę kasy na staniki, musimy wstawać pół godziny wcześniej niż faceci, żeby ogarnąć się przed wyjściem do pracy, niektóre z nas mają na głowie hodowlę Esia…

 Dlatego nigdy nie rozumiem, dlaczego niektóre z nas katują się wkładaniem sobie kredki do oka. Przekonałam się jednak, że nie jest to żaden mus i przeprosiłam się z kredką.
Próbowałam wielu innych, w tym bardzo drogich jak Lancome i była to porażka. Essence to ideał. Poradzi sobie z nią każde kreskowe beztalencie (czytaj: ja), kosztuje 6,99 zł, starcza na pół roku i wytrzymuje na powiece cały dzień. Moja wielka kosmetyczna miłość. Mam dwa kolory: czarny i brązowy, oba równie dobre, więc przypuszczam, że cała seria jest na takim samym poziomie.
2. Essence eyebrow stylist set
Kosmetyk z pozoru zbędny, ale uzależniający. Każda z nas mogłaby bez niego żyć, ale dlaczego? Dostajemy dwa cienie do brwi, jeden oddajemy koleżance (bo jest za ciemny/za jasny) i dodajemy do codziennego makijażu tego „czegoś”, którego mu do tej pory brakowało, kropki nad i. To chyba niezły deal za 10,99 zł, prawda? Nie dajcie sobie wmówić ekspedientce w Naturze, że to była edycja limitowana! Kosmetyk jest stale dostarczany, ale chowają go dla siebie 🙂 Trudno dostać, ale warto się zawziąć i szukać.

3. Cienie do powiek My Secret

Dobre cienie za grosze, spory wybór kolorów, w tym moich ulubionych – matowych. Nie wiem, co mam jeszcze napisać na ich temat… Aaaa, przecież zapomniałam o najważniejszym. 4,99 zł.
W gratisie dodam, że gdy użyłam różowego cienia z My Secret, mój serdeczny przyjaciel powiedział mi najdziwniejszy komplement, jaki słyszałam: „Ej, oczy pasują Ci do swetra!” :
x.o.x.o.
D.
Share