Ponieważ jestem w całkiem poważnym związku z programistą zwanym przeze mnie, i z moją zasługą przez znajomych, Pysiem wypada na samym początku wspomnieć o nim.
Pysia poznałam w pracy gdzie siedział sobie przy biureczku i klepał kod. Ja z kolei byłam zajęta tworzeniem tekstów, które ukazywały się w programie i generalnie zarządzaniem danymi, które tam gdzieś śmigają.
W naszej firmie, jak zresztą wszędzie, dział informatyczny jest uważany za bandę dziwnych ludzi, którzy z nikim nie rozmawiają i generalnie wejdziesz do ich pokoju to rzucą w ciebie klątwą i pokasują ci pliki. W tym czasie pracowała ze mną bardzo odważna kobieta, którą możecie zresztą podziwiać tutaj.
Jej odwaga przejawiała się tym, że nie bała się bluzgać na programistów i do nich jak coś nie działało. Tak o to nawiązała się nić znajomości i o dziwo sympatii między pokojem asystentów redaktorów, a programistami. Dzięki naszemu genialnemu adminowi komputery były zaopatrzone w wewnętrzne komunikatory, które znacznie ułatwiały nawiązywanie więzi.
W końcu na jakiejś imprezie firmowej, czyli nieoficjalnej popijawie w pobliskim barze, integracja osiągnęła apogeum i skończyliśmy w kilka osób w kawalerce u Oliwki z butelką wódki. Jeden z najbardziej nieśmiałych programistów, Szymon nawalił się dość mocno i jeszcze w knajpie zarywał mnie na płonące drinki. U Oliwki zaś stało mu się całkiem obojętne czy podrywa ją czy mnie, po czym ubrał buty swojego kolegi i wszedł w nich na antresole, gdzie była sypialnia. Generalnie rozrabiał jak pijany programista. Nie wiem co jeszcze zbroił, bo pojechałam do domu. Później dowiedziałam się, że zaginął rodzinie i szukali go po kolegach i szpitalach, a jak w końcu nad ranem odebrał telefon to upierał się, że jest w domu i generalnie o co chodził. Dał się przekonać, że nie jest u siebie jak kazali mu się rozejrzeć.
W poniedziałek w pracy wiedziony kacem moralnym przyszedł z kwiatkiem dla mnie i dla Oliwki, co nas mocno zszokowało,  bo nic strasznego nie zrobił (łapanie za cycki mogło się zdarzyć każdemu w jego stanie upojenia). Oczywiście wzmogło to dyskusje w pracy, jak musiała się skończyć ta impreza, skoro Szymon z kwiatami nas przeprasza.
Zaiskrzyło między nami jak zaczęłam mu tłumaczyć, że więcej narozrabiał tymi kwiatami niż na samej imprezie, a całkowicie się zadurzyłam, jak mi podrzucił Gravity – Johna Mayera. Ponieważ jak na programistę przystało, na trzeźwo nie grzeszył odwagą do kobiet, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Zastosowałam metodę rodem z ery świetności gadu gadu. Ustawiłam w komunikatorze opis sugerujący, że jestem zła i generalnie  z kijem nie podchodź. Poczekałam chwilę i jest! Zapytał o co chodzi. Niepocieszona wyjaśniłam mu jak to mój komputer domowy nie działa i jak jestem pozbawiona dostępu do Facebooka, a mi tam zborze na farmie usycha. Zaproponował pomoc, przyjechał naprawił, a potem zbierał się dwa dni, żeby mnie na pierwsza randkę zaprosić.
Majka
Share