Kategorie
Blog

Genialne teksty, po których ona pokocha Cię jeszcze bardziej

Jak wszystko na tym blogu dzisiejszy wpis przedstawia bardzo subiektywną listę, która zawiera genialne teksty, jakie kobieta chce usłyszeć od swojego mężczyzny i które sprawią, że zakocha się w nim na zabój. A przynajmniej na mnie zadziałały 😉
genilane teksty Źródło: http://pixabay.com//caption

Na pierwszy ogień tekst (a właściwie dialog), który pojawił się już na fanpage’u Za biednych na sushi. Jak nie lubicie, to zachęcam do polubienia, bo często wrzucamy tam teksty i dialogi za krótkie na całą notkę na bloga.

Wieczorny dialog z Pysiem:

– Pyś… Jest jeszcze wino?

– Nie dostaniesz więcej wina, bo po winie nie możesz spać! Dostaniesz Whisky!

Czyż nie jest cudowny? Pyś, nie dialog. Tak dobrze mnie zna! Która z Pań nie chciałaby żeby jej mężczyzna był taki troskliwy i dbał o jej dobry sen, a jednocześnie pamiętał o preferencjach alkoholowych?

Kolejny tekst też jest inspirowany dialogiem z Pysiem. Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki wiosny nabrałam ochoty na spacer. Jako że pracujemy w mieście będący “polską Ibizą” jest gdzie chodzić. Urocze alejki, plaża, monciak…

– Zobacz jaka ładna pogoda. Pójdziemy po pracy na spacer po Sopocie?

– Do empiku?

– <3 Po prostu kolana się pode mną ugięły. Ideał! Wyszła nowa część Bridget Jones, brakuje mi dwóch części Kłamcy Ćwieka, Kolejna część Długiej Ziemi się ukazała. I do tego jest promocja 3 za 2. Niestety w Empiku nie mieli Kłamcy, ale Długa Wojna duetu Pratchett i Baxter się znalazła. Tak jak dwie części Chłopców Ćwieka. “Chłopcy Ćwieka” (heh) ależ to nieprzyzwoicie brzmi. Od razu się przypomina tekst “Chłopaki to są w agencjach towarzyskich. A my jesteśmy młode wilki”. (TU w oryginale). Żeby nie zawstydzać mojego lubego, dalej chciałam dać kilka tekstów, które nie są nim inspirowane. Ale co ja mogę, że ona taki zdolny jest? Gdy mówię, że zjadłabym “cziza”, ale jestem za gruba to jedyną właściwą reakcją jest: - A może dwa? Albo Big Maca? Tekst ten musi być jednak wypowiedziany bez cienia szydery i ironii. W ten sposób mężczyzna daje do zrozumienia kobiecie, że nie jest za gruba i może opychać ile chce. Kolejny: - Mam dziś tyle do roboty, że nie wiem za co się zabrać: obiad, pranie, sprzątanie, pisanie magisterki… - To co, zamówimy kebaba, wykończymy kilka piw i będziemy oglądać seriale dopóki nie zaśniemy na kanapie? Tak naprawdę to powiedział: “To co, Baza?”, ale tekst o bazie jest bardzo prywatny i tylko my go rozumiemy. Wziął się z naszego pierwszego wspólnego pomieszkiwania, gdy obudowani poduszkami sadowiliśmy się na kanapie, zaopatrzeni w przekąski i napoje, aby nie musieć się nigdzie ruszać. I tak baza stała się synonimem miejsca i aktywności, a właściwie ich braku, polegających na opatuleniu się kocami i poduchami, zaopatrzeniu w niezbędne do tego rzeczy w tym w pilota. Bardzo ważne żeby pod ręką był pilot i nie trzeba było się ruszać. Wychodzenie z bazy jest w trakcie bazowania surowo wzbronione. Chyba, że na siku. Nie wolno robić siku w bazie. Oczywiście wojna o pilota jest nieunikniona, co wyjaśniałam tutaj. Chyba już zrozumieliście zasady jakimi rządzą się najlepsze teksty idealnego Pysia, tfu partnera. Chodzi o to, by powiedzieć to, co partnerka naprawdę myśli, ale sama nie powie, bo nie chce wyjść na: obżartucha, lenia itd. Trzeba zgadnąć na co naprawdę partner ma ochotę, nawet jak on sam o tym jeszcze nie wiem. Po prostu znać kogoś lepiej niż on sam.

Kategorie
Blog

Hipsterzy ukradli nam kalosze

Jako napływowa mieszkanka wsi muszę posiadać kalosze. Nie takie lanserskie z pikowanymi wstawkami i w najmodniejszy wzór, tylko zwykłe chamskie gumiaki. W zabłoconej wsi, gdzie nie ma prawdziwych dróg i trzeba czasem powyrywać chwasty z trawnika, który ma predyspozycje żeby zostać kiedyś pięknym, nie można żyć bez kaloszy. Zwłaszcza na początku mieszkania, gdy ogród jest na etapie tworzenia i dbanie o niego polega głównie na wybieraniu kamieni z błota, sianiu pierwszej trawy i innych czynnościach, które wymagają schowania szpilek do szafy i przywdziania prawdziwych kaloszy.

Próbowałam nabyć takowe przez kilka lat. Początkowo nie był to palący problem, bo poszukiwania rozpoczęłam zanim na mojej wsi zamieszkałam. Jednak już pierwszej wiosny poszukiwania musiały nabrać tempa i każdy sklep gdzie było widać kawałek gumowego buta był przeze mnie penetrowany. Oczywiście poszłam w końcu poszłam po rozum do głowy i zamiast przeszukiwać sklepy obuwnicze zaczęłam rozglądać się w sklepach ogrodniczych i budowlanych.

W obuwniczych można obecnie znaleźć zatrzęsienie obuwia, które udaje kalosze, ale tylko z nazwy. Są to bowiem tylko śliczne buciki, które pełnią funkcje bardziej ozdobną niż praktyczną. A to wszystko wina hipsterów, którzy zaadaptowali kalosze do swojego stylu i tak oto normalni użytkownicy poszli w zapomnienie. Obecnie projektuje się je coraz węższe, co jest pewnie związane ze szczupłymi, męskimi, bezradnymi nóżkami, będącymi w modzie, wśród hipsterskiej gawiedzi. I to na tyle wąskie, że moje wcale nie największe łydki nie chciały w nie wejść i to w cienkich rajstopach, a co dopiero o grubych roboczych spodniach mówić. Jako osoba nosząca rozmiar 36 (w sklepach, które zaniżają numerację nawet 34 – te sklepy lubię najbardziej), byłam mocno zaniepokojona efektami tych przymiarek.

kaloszeNie tylko niepraktyczny krój stanowił dla mnie barierę do zakupu, ale kosmiczne ceny, bo mogły się wziąć tylko z innej planety. Przecież nikt normalny nie zażąda od ludzi za gumiaki równowartości ceny skórzanych kozaków. Nawet jak pominiemy markowe kalosze za kilkaset złotych (sic!) to i tak zostaniemy zasypani butami za kilkadziesiąt złotych i to w sklepach z najtańszym obuwiem! Ponieważ nie zwariowałam od nadmiar gotówki, uparłam się nie kupować kaloszy za astronomiczne kwoty, tylko znaleźć zwykle gumiaki w sklepie ogrodniczym lub budowlanym. Zarówno pierwsze, jak i drugie mnie zawiodły, bo dostępne tam modele daleko przewyższały rozmiar mojej stopy. W końcu po miesiącach poszukiwań natrafiłam na wymarzoną parę. Stały tam, z innymi, na dziale ogrodowym i czekały aż ktoś je kupi. Nie miały co prawda dziwnych wzorów typu cętki lub słoneczka, ale były w dość jaskrawych kolorach. Były za to w normalnej cenie trzydziestu paru złotych (po przecenie, bo to była końcówka sezonu).

Od zeszłej jesieni jestem szczęśliwą posiadaczką czerwonych kaloszy, w których dumnie paraduję po wsi, wzbudzając zachwyt sąsiadek. Nie zbankrutowałam przy tym, i mogę na hipsterską modłę wyjść czasem w nich na miasto. Jak muszę dość w deszczu na wiejski autobus, ale jednak!

Za moje niepowodzenia w poszukiwaniu kaloszy obwiniam hipsterów. To ich wina, że producenci olewają zwykłych ludzi i pomijają podstawowe funkcje jakie kalosze powinny pełnić. Hipsterzy ukradli nam kalosze. Nie znajdziemy już tak łatwo gumiaków, które sprawdzą się na w najgorszym błocie. O nie! Liczą się tylko oni: i ich chude bezradne nóżki, i ich upodobanie do kwiecistych kaloszy, i panterek, i kratki, i portfele, które zaakceptują wydatek kilku stówek na ładne kaloszki. Kiedyś też sobie kupię takie lanserskie i pójdę w nich na sushi, może wtedy zrozumiem szaleństwo tego świata.

Kategorie
Blog

Reklamacja butów – jak nie dać się rzeczoznawcy

Po ostatnim wpisie pojawiło się kilka komentarzy, że reklamacja butów to nie taka prosta sprawa i z jej składaniem nie jest tak różowo i generalnie zawsze i tak okazuje się, że nasze buty nosił koń dziadka i pogryzł pies sąsiadów i jak śmiemy się czepiać.

Na uczelni, na której studiowałam kiedyś krążył taki żart, że jak ktoś składa wniosek to dziekan go nie czyta tylko od razu odmawia. Dopiero jak ktoś złoży odwołanie to czyta wniosek i wtedy ocenia czy powinien uwzględnić, czy nie. Ile było w tym prawdy nie wiem. O tyle śmiesznie, że znajomi, którzy składali odwołanie prawie zawsze mieli je uwzględnione, a osób, która ze pierwszym razem uzyskały zgodę można było na placach jednej ręki policzyć (o ile ktoś potrzebował ręki, żeby policzyć do jednego). Według tej teorii spiskowej dziekan wychodził z założenia, że jak komuś naprawdę zależy to złoży odwołanie.

Ja mam podobną teorię co do sklepów obuwniczych: co do zasady odmawiają i dopiero odwołaniami się przejmują. Oczywiście jest to moja własna teoria, ale zachęcam do sprawdzenia na ile mam rację składając odwołania od nieuwzględnionych reklamacji.

Reklamacja butówKto składał kiedykolwiek reklamacje w salonie sieciowym wie, że formularze są tak skonstruowane, że zaznacza się tylko odpowiednie kwadraciki i podpisuje i koniec naszej roboty papierkowej. Teraz pozostaje nam grzecznie czekać 14 dni na kunszt pracy rzeczoznawcy. A potrafią chłopaki zaskoczyć.

Kiedyś dostałam taką odpowiedź na reklamację, że aż mi przykro było tak mi Pan Rzeczoznawca nawrzucał, koleżanka, która ze mną odbierała ten papier była zniesmaczona jego tonem, a Pani ekspedientka, której dałam go do przeczytana bardzo zawstydzona treścią. To tylko wzmogło moja chęć egzekwowania swoich praw i na odwrocie pisma napisałam stanowcze odwołanie, które zostało oczywiście uwzględnione.

Moim ulubionym argumentem rzeczoznawców o odmowie uwzględnienia reklamacji, jest nieprawidłowe użytkowanie obuwia. Zwykle na tak lakonicznym stwierdzeniu poprzestają. Czyli co? Na rękach nosiłam? Prawego buta na lewej stopie i na odwrót? No kurde!

W takiej sytuacji należy poprosić o wskazanie w jaki sposób obuwie było źle użytkowane. Najlepiej poprosić o podesłanie instrukcji specjalnego użytkowania tego obuwia, bo skoro nosiliście je tak samo jak inne i tym innym nic nie jest to znaczy, że te reklamowane buty wymagają jakiejś specjalnej techniki chodzenia, której nie znacie, ale z chęcią poznacie skoro zapewni, Waszym butom dłuższe życie.

Co do argumentu, że reklamowana wada stanowi normalny efekt eksploatacji obuwia to pamiętajcie, że buty można reklamować dwa lata, wiec zużycie powinno tak postępować, żeby do końca tego okresu nadawały się do użytku. Starty obcas to normalne, fleki się wymienia i, o ile nie nastąpiło to po kilu dniach, nie ma szans na uwzględnienie reklamacji. nawet nie wypada jej składać. Co innego podeszwa, która nie zawiera fleków nadających się do wymiany, a starła się po miesiącu. W takim wypadku w odwołaniu należy przypomnieć rzeczoznawcy, że obuwie w tym jego podeszwa powinny być wykonane z takiego materiału, który wytrzyma normalne użytkowanie przez dwa lata.

Koronnym argumentem, jest używanie obuwia niezgodnie z warunkami atmosferycznymi, czyli np. noszenie obuwia letniego w zimie i na odwrót. O ile noszenie letniego, wiosennego obuwia w grudniu można jeszcze uzasadnić np. noszeniem ich w pracy, po domu jako kapci lub tak jak ja robię z balerinami: do prowadzenia samochodu w zimie, to zimowych botów latem nie ma co reklamować. Przypominam, że zgodnie z przepisami na zgłoszenie mamy 2 miesiące od stwierdzenia niezgodności towaru z umową. Stwierdzenia tej niezgodności czyli jej zauważenia, a nie wystąpienia. Czyli jak rozkleił nam się but a zauważyliśmy to dopiero po jakimś czasie, dopiero jak deszcz spadł do sklepu musimy zgłosić się w ciągu 2 miesięcy od kiedy nam stopy przemokły. Naprawdę warto takie sprawy załatwiać jak najszybciej, bo rzeczoznawca może nam zarzucić używanie butów pomimo zauważenie wady. Co jego zdaniem uniemożliwia naprawę, bo gdyby było zgłoszone zaraz po zauważeniu to można byłoby coś z tym zrobić… pitu, pitu itd. Pamiętajmy, że kluczowym słowem jest stwierdzenie wady! Nie wystąpienie, a stwierdzenie.

Kiedyś w zimowych butach odkleiła mi się podeszwa. Nawet zauważyłam kiedy. Co do sekundy. Zrobiłam krok wysiadając z tramwaju, i na zgięciu palców poczułam jak odkleja się podeszwa. Sprawdziłam. Cholera! Odklejona! Latać nie umiem, więc przechodziłam w nich cały dzień. Z przemoczoną stopą. To był bardzo zabiegany dzień. Rzeczoznawca napisał, że dalszym użytkowaniem… bla… bla… bla… Odpisałam mu, że nie noszę zapasowej pary butów w torebce, a już na pewno nie zimowych, które dużo miejsca zajmują. (Zdarza mi się nosić jakieś płaskie wiosenne, jak mam w planach cały dzień na mieście spędzić i gdzieś muszę się pokazać jako laska w szpilkach, a gdzieś pokonać kilometry w czymś mniej pubowym.) Nie wyobrażam sobie sytuacji żebym leciała po nowe buty zaraz po tym jak mi się rozkleiły, bo ani nie miałam na to czasu, ani pieniędzy.

Chociaż motyw z zapłakaną sierotką, której rozkleiły się buty i MUSIAŁA sobie kupić nowe, bo nie miała jak dotrzeć do domu można odegrać przed mężem;)

Najbardziej mnie śmieszy argument, że buty zimowe nie nadają się do noszenia w czasie deszczu i śniegu. Serio? Jeżeli pochodzą z kolekcji jesień/zima, są wyposażone w taki elementy jak ozdobne kożuszki to masz prawo przypuszcza, że wytrzymają polską zimową aurę i o tym prawie warto przypomnieć rzeczoznawcy w odwołaniu. Kolejnym hitem jest odmowa uwzględnienia reklamacji butów, które się rozkleiły z powodu używania nieodpowiednich środków konserwujących lub ich nie używania. Ręce opadają. W takim wypadku warto poprosić w odwołaniu o opis mechanizmu jaki sprawił, że zły inpregnat spowodował odklejenie się podeszwy, zwłaszcza takiej przyszywanej dodatkowo. Nitki czy klej rozpuścił?

Warto wspomnieć w odwołaniu mimochodem o Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Po prostu warto kreować się na typowego pieniacza. Trudnego klienta, który zrobi zadymę o byle co i postawi na nogi nie tylko UOKiK ale i TVN z całą ekipą Uwagi na czele! Może trochę się rozpędziłam, ale przerabiam teraz reklamacje w ważnej dla mnie sprawie i szef obsługi klienta, nie dość, że przestał oddzwaniać do mnie to już nawet telefonu nie odbiera. Smutne… Chłopak ma pecha, bo złapałam firmę na poważnym kłamstwie i nie może wybrnąć ze sprawy.

Wracając do tematu, chciałabym tylko na koniec przypomnieć Wam, moje kochane internetowe robaczki, że żyjemy w świecie gdzie więcej warta jest reklamacja złożona na Facebooku niż papierowa w sklepie. Rozsądne firmy mają już opracowane procedury do obsługi klienta za pomocą tego medium i to sprawniejsze niż “tradycyjna” droga.

Kategorie
Blog

Za biedni na musk, czyli krótka rozprawa o życiu zainspirowana kilkoma marcowymi dniami

To będzie krótka notka oparta na faktach autentycznych, które wydarzyły się tego tygodnia.

Dzień pierwszy.

gdansk-109902_640Poniedziałek, promyki słońca muskają mą twarz, telefon zaczyna odtwarzać najbardziej zwkurzającą muzyczkę ever. Oznacza to tylko jedno, czas wstawać. Szczanie, mycie, budzenie żony, ubieranie się, czas do huty. Oh wait! Wcale nie! Czas do Lidla po rowerowe rzeczy!

Pięć minut przed godziną 8:00 mój czołg zatrzymuje się na parkingu. Oczywiście wybieram dozwolone miejsce, bo nie muszę koniecznie stać 5 cm od wejścia. Od przejścia 50 metrów jeszcze nikt nie umarł (trwałe kalectwo to co innego, ale skupmy się na śmierci). Przed wejściem kolejka. Nagle otwarcie, ruszyli… Teraz następuje tratowanie innych ludzi, kopanie, uderzanie wózkami, wpierdalanie się. Udało mi się kupić to, co chciałem. Inni też kupili, tak jak pan, który wziął wszystkie softshelle w rozmiarze M. Co jest z tymi ludźmi?

Dzień drugi.

Ja rozumiem, że nie każdy może być takim mistrzem kierownicy jak ja. Ok, wybaczam. Ale na bladą twarz Michaela Dżeksona! Włączajcie kierunkowskaz przed, a nie w czasie skrętu gdziekolwiek. Oczywiście nie śmiem prosić o sygnalizację manewru przed naciśnięciem hamulca do oporu… Do tego włączenie świateł awaryjnych nie oznacza, że możecie zatrzymać się gdziekolwiek.

Dzień trzeci.

RowerTak jak podczas dnia pierwszego, szczanie, mycie, budzenie, ubieranie. Tym razem rower. Napieram w kierunku huty, nowiuteńkie hamulce jeszcze błyszczą. Czuć zapach świeżej, utwardzanej gumy na zaciskach. Nawet scentrowane przednie koło nie przeszkadza. Las, ptaków śpiew, potoku szum. Po pokonaniu wielkiej góry śmierci, zniszczenia, bólu, wojny i ognia wyjeżdżam na główną arterię. W końcu płasko, jadę drogą dla rowerów, rozpędzam się. Tylna przerzutka z najniższej i najtańszej możliwej grupy osprzętu, pamiętająca jeszcze złote lata dziewięćdziesiąte, z pewnymi oporami zmienia zębatki na coraz mniejsze. Prędkość rośnie, na blacie już prawie 35km/h, pełna moc.

Tylko dlaczego, człowieku, mając cały chodnik, dwie ławeczki, stoisz na środku ścieżki rowerowej? Ja rozumiem, że jest przystanek i czekasz na busa, ale do czarnej niczym wyngiel, czemu musisz stać na środku i paść się razem ze swym bachorem? Heble, redukcja i rozpędzanie od nowa. Na szczęście po 3 kilometrach w oddali majaczy huta. Po drodze kolejny przystanek i znowu ludzie na środku. Ech…

Dzień czwarty.

Ostatnie znaczki w Visual Studio, ostatnie testy, ostatnia zmiana konfiguracji na serwerach i do domu (pewnie gdzieś literówkę zrobiłem i będzie fakap, ale to nie jest tematem tego wpisu)! Po pracy, jak to w czwartek, dzień siłki. Niestety brak płynów, trzeba kupić. Bieda po drodze, to jedziemy. Szybko po wodę i do kasy. Jak wiadomo, w naszym continuum czasoprzestrzennym bez pocztu królów polskich nie zapłacisz. Podobno można telefonem, ale ja nie umiem. Staję w kolejce, jak zawsze grzecznie. Przede mną pani, która żyje w innym świecie, w świecie płatności kartą w biedronce. 5 minut oczekiwania, aż wyjmie pieniążka z hajsmaszynki. Przy okazji dwa razy zgubiła swoje bachorzątko, które tylko 4 razy wpadło komuś pod wózek, niestety przeżyło, co oznacza, że zła pula genów nadal jest w społeczeństwie.

Dzień piąty.

To jutro, ale jadę czołgiem do pracy, więc na pewno jakaś okoliczność w stylu “jakiś idiota zajedzie mi drogę, wymusi pierwszeństwo, będzie jechał gorzej ode mnie” nastąpi.

Podsumowanie:

Ludzie, na Światowida, proszę was! Używajcie mózgu! Nie bądźcie takimi samolubami! Nie jesteście sami na tym płaskim, podtrzymywanym przez 4 słonie stojące na skorupie żółwia świecie.

Ps. Ten wpis dedykuję wszystkim ludziom, którzy mnie wkurzają. Oczywiście stosowny podkład muzyczny także jest: http://www.youtube.com/watch?v=xfnm9V9cEQo

Kategorie
Blog

Jak się popieści to się zmieści?

Dziś pobawimy się naszym pięknym językiem. Nie będzie to jednak wpis w stylu grama-nazi, bo choć staram się jak mogę to zdarzają mi się pewne potknięcia. Dziś więc, pobawię się w tłumacza polsko-polskiego. Są bowiem w naszym języku pewne zwroty, których używamy, ale nadajemy im inne znaczenie niż powinniśmy

Skupimy się na popularnym zwrocie “mieścić się”. Gdy kobieta mówi: “Wciąż mieszczę się w te spodnie”, to często nie rozumie, że “mieścić się” nie jest synonimem “dobrze leżeć”. Wręcz przeciwnie, gdy używamy zwrotu “mieścić się” w stosunku do ubrań stanowi on antonim do zwrotu “dobrze leżeć”, o czym dobitnie świadczą te fragmenty ciała, które się nie zmieściły i wylały się: bokami, górą lub dołem. Kiedyś już o tym pisałam. O prawdziwości tych słów przypomniały mi ostatnio moje ulubione jeansy, po ubraniu których wylałam się w sposób okrężny. Sezon bikini w pełni, a tu taki psikus!

mieścić się

Mówią: “Jak się popieści, to się wszystko zmieści”. Tylko, że zdanie to nie ma zastosowania do ubrań, a do… A co ja Wam będę tłumaczyła.

Paradoksalnie kobieta, która mówi “Jestem taka szczupła jak 10 lat temu. Wciąż mieszczę się w jeansy z liceum.” wygląda przez te jeansy grubo, chociaż w rzeczywistości jest szczupła. To naprawdę straszne, że niektórzy nie rozumieją, że będą lepiej (zgrabniej), wyglądać w ubraniach w większym rozmiarze, które dobrze leżą, niż w tych w mniejszym, w które się tylko mieszczą.

Nie myślcie, że problem dotyczy tylko pań. Panowie też mają co nieco na sumieniu, np. gdy nie chcą się rozstać z t-shirtem ze studiów, bo wciąż się w niego mieszczą. Tylko, że brzuch już niekoniecznie, mało dyskretnie wyciągając koszulkę w niezbyt atrakcyjne półkole z dumą nazywane mięśniem piwnym. Mięsień piwny! Chluba niejednego mężczyzny. Broniona suchymi już jak pieprz tekstami “Kto nie ma brzucha ten słabo r@#$a”, czy “Każdy ptaszek musi mieć swój daszek”. Teksty te oczywiście obowiązkowo na t-shircie. Panowie! Ja naprawdę wiele rozumiem. Tylko po co Wam hangary? Toć boingów pod nimi raczej nie chowacie.

Pogodzić się z tym, że tylko “miesisz się ” w starym rozmiarze jest cholernie trudno. Niestety musisz to zrobić albo będziesz wylewać się z ubrań niczym roztopiona świeczka. Masz też inną alternatywę – możesz schudnąć. Do Ciebie należy decyzja, co jest łatwiejsze: wziąć się poważnie za siebie, czy przeskoczyć do kolejnego rozmiaru, a potem kolejnego, i jeszcze kolejnego i tak aż do spadochronu.

Ja właśnie zaczęłam walkę o mój stary rozmiar, to już 3 dzień, co dla mnie jest kolosalnym sukcesem. Nigdy jakoś nie potrafiłam długo wytrwać na dietach, bo moja miłość do jedzenia, wróć, do obżerania się jest przeogromna. Przynajmniej nie mam alergii na ćwiczenia, chociaż wychodzi ze mnie ostatnio leniwa buła. Zwłaszcza gdy wydają nową część sagi, ktorą czytam, albo odcineczek serialu, ale nie dam się poślubnemu gniciu. Chociaż fakt, że zaczełam od ustalenia, który alkohol jest najmniej kaloryczny raczej nie wróży zbyt dobrze 😉

Kategorie
Blog

Litrogodzina – nowa jednostka czasu

W ten weekend odkryliśmy z Pysiem nową jednostkę miary czasu: litrogodzinę.

Jak można mierzyć czas w objętości? Bardzo prosto i jestem pewna, że nie raz tak robiliście.

Letni czas wolny spędzamy z Pysiem na obrabianiu pańszczyzny w domu (ewentualnie na spokojnych spotkaniach ze znajomymi połączonych z partyjką krykieta – tej wersji będziemy się trzymać). Tak było i tym razem. Pod koniec niedzieli zostało jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, ale trzeba przecież też odpocząć i tak oto, siedząc na tarasie, zdefiniowaliśmy litrogodzinę:
Majka: – To co idziemy odchwaszczać?
Pyś: – Wypijemy najpierw po jednym piwku?
Majka – Przekonałeś mnie.

Pół piwa później:
Majka: – Zauważyłeś, że ostatnio wszystko mierzymy w piwie?
Pyś: – Nie wszystko…
Majka – Tak jakby ilość wypitego piwa była jednostką czasu.
Pyś: – Piwogodzina!
Majka: – Lepiej litrogodzina, bo czasem pijemy wino i inne rzeczy.
Pyś: – Słusznie… To co odchwaszczamy.
Majka: – Za pół piwa?
Pyś: – Ok.

I tak o to coś, co było znane od wieków, zyskało swoją nazwę i definicję:

litrogodzina

Oczywiście litrogodzina ma też swoje inne odmiany: serialogodzinę, gdy mówimy “Obejrzyjmy odcineczek i wtedy wstawimy pranie”, fajsogodzinę: “Tylko sprawdzę FB i biorę się za pisanie magisterki” itd.

Kategorie
Blog

Przerwa na lunch – Czyli co jeść w pracy, żeby nie zostać zabitym

Przeszliśmy sporą ewolucję, która ostatnimi laty rozpędziła się do rewolucji, jeżeli chodzi o spożywanie posiłków w pracy. Kiedyś były to kanapki zawinięte w papier i herbatka ,ewentualnie kawa. Obecnie na porządku dziennym jest przynoszenie własnych, zdrowych posiłków, czy zamawianie czegoś z dowozem do biurka. W związku ze zmianami w naszych zwyczajach dietetycznych dochodzi do zgrzytów pomiędzy współpracownikami i wypracowywania zwyczajów tego co wolno, a co nie.

W miejscu w którym pracuje jest kuchnia z malutką lodóweczką i mikrofala. Kiedyś, gdy kuchnia mieściła się w innym miejscu, mieliśmy jeszcze dostęp do kuchenki. Możliwość korzystania z takich cudów techniki sprzyja ciekawym sytuacjom. Kilka z nich urosło już do biurowych legend.

W pracy jem kilka posiłków w myśl zasady: lepiej kilka mniejszych i częściej, niż jeden duży (tak naprawdę to kłamię: jem często i dużo). Moje wybory są często dość nietypowe, ale staram się nie utrudniać życia współpracownikom. Potrafię np. zjeść opakowanie śledzi, albo pizze z sosem czosnkowym. Oczywiście takie mono zapachowe rzeczy staram się jeść grzecznie w kuchni żeby zapach nie roznosiły się po pokoju, w którym pracujemy. Chociaż i to nie zawsze, bo bywało i tak, że kupowaliśmy wspólnie takie rarytasy i razem je z pełną premedytacją konsumowaliśmy przy biurkach. Pomimo jednak, że zdarzało mi się zjeść pól bochenka chleba z własnej roboty smalcem (nie poszło w cycki 🙁 ) , to i tak nie załapałam się na podium najdziwniejszych pomysłów kulinarnych w biurze.

Na pierwszym miejscu jest chłopak, którego nigdy nie poznałam, bo pracował kilka lat przede mną, jednak pozostawił po sobie trwały ślad w pamieć współpracowników. Wpadł on mianowicie na genialny pomysł podgrzania ryby w mikrofali. I nie było by w tym nic złego gdyby ryba ta nie była…

…wędzoną makrelą. Zapach jaki wchłoną się w najdrobniejszy fragment kilkupiętrowego biura podobno był nie do opisania, a historia ta jest przywoływana zawsze gdy ktoś je coś o intensywnym zapachu.

jedzenie

Na drugim miejscu jest sytuacja, której też nie byłam świadkiem i do tej pory nie mogę odżałować, że akurat musiałam jechać na uczelnię. Moje dwie urocze koleżanki z uwagi na bardzo liberalne podejście w biurze do jedzenia postanowiły ugotować sobie pierogi. Takie z paczki, mrożone. Nikt by się pewnie tym nie zainteresował, gdyby nie to, że podsmażyły sobie do nich cebulkę. A jakże! Kiedy następnego dnia przyszłam do pracy wszyscy, którzy byli w niej dzień wcześniej otwierali szeroko okna twierdząc, że śmierdzi cebulą. Ja nic nie czułam, ale zapach musiał im się mocno dać we znaki, skoro mieli traumę i omamy zapachowe przez kilka dni.

Kolejne miejsce w niezbyt zaszczytnej galerii zajmuje całkiem zwyczajna zupa. Tyle że rybna. Co w tym takiego strasznego? Jedzenie jej w środku upalnego lata w pokoju w którym siedzisz z kilkoma osobami. Generalnie jedzenie ryb w pracy jest dość ryzykowne i jak jest taka możliwość to lepiej to robić w kuchni, a nie w pomieszczeniu gdzie siedzi kilka osób, a jak nie ma to nie jeść ich wcale.

W ustępowaniu innym nie należy popadać w skrajności. Kiedyś jedna koleżanka była tak zaszczuta pełnymi wyrzutów spojrzeniami i ostentacyjnym otwieraniem okien, że wszystkie posiłki jadła w pokoju, w którym siedziałam z Dobrowolską. My akurat wtedy miałyśmy wybitnie ambitne pomysły na posiłki, jak sałatki z kapusty i bagietki czosnkowe, więc jej wizyty i potrawy nie robiły na nas najmniejszego wrażenia. Ona zresztą była dość konserwatywna w wyborze drugiego śniadania, ale jej współpracownicy byli bardzo mało tolerancyjni. Raz wyleciała z pokoju za jedzenie sałatki z kurczakiem, bo była w niej cebula. Pewnie zazdrościli jej grillowanego kurczaczka w sałatce, a ta cebula to tylko pretekst był.

Wybierając potrawy do pracy trzeba pamiętać, że nie jesteśmy sami i nie możemy manifestować swoich gustów zbyt ostentacyjnie, Chyba że wszystkie inne osoby w pokoju mają podobne zamiłowania. Są jednak dwie zasady, których nigdy, PRZENIGDY nie można łamać w pracy:
1. Nie gotuj jajek lub parówek w służbowym czajniku elektrycznym.
2. Nie kradnij prywatnego mleka do kawy.

Za obie te rzeczy bym zmuszała do zjedzenia wędzonej makreli z mikrofalówki i popicia zupą rybną!

Kategorie
Blog

Równouprawnienie ssie

Poznajcie Kasię. Kasia studiuje. Jest jednak ambitną dziewczyną i nie w smak jej branie pieniędzy od rodziców, więc pomimo natłoku zajęć dorabia sobie w sklepie. Nic skomplikowanego, ot wykładanie towaru na półki. Zarobki nie są fenomenalne, ale na własne potrzeby wystarczy, a i rodzicom coś dołoży żeby nie być ciężarem przez całe 5 lat żmudnej drogi do dyplomu magistra. Rodzice są dumni z Kasi. Pierwsza w rodzinie poszła na studia i ma szansę na “lepszą przyszłość”.

Razem z Kasią pracuje Andrzej. Jest trochę nieokrzesany i ciągle podrywa Kasię. Zwykle w dość prostacki sposób. Nawet jej to specjalnie nie przeszkadza, bo czasem jej pomoże przenieść cięższe kartony albo przerzucić je na wózek. Kasia nie daje rady z tymi najcięższymi, zwykle nosi te mniejsze. Andrzej też wykłada towar w tym sklepie. Nawet zaczeli prace tego samego dnia. Tylko że Andrzej zarabia więcej. Początkowo była to nieduża różnica, ale z każdym miesiącem się powiększa. Szef bardzo lubi Andrzeja i co rusz daje mu premie lub podwyżki. “Swój chłop” – tak mówi. O Kasi zwykle mówi per “maleńka”. Przydomek jej nie przeszkadza, ale różnica w pensji już tak. W końcu poszła do szefa i zapytała dlaczego dostaje mniej. Bo: “Andrzejek pracuje szybciej, więcej może przenieść. Ty sama kilku kartonów wódki nie rozładujesz.”

Kasia się zawzięła. Pracuje ciężej, ale daleko jej do Andrzeja, który może nie jest najsilniejszy, ale natura, jako facetowi, dała mu więcej mocy niż jej, drobnej kobiecie. On nawet się specjalnie nie zmęczy, a ona ledwo zipie. I dalej mu nie dorównuje. To nie jej wina, że kobiety są słabsze. To nie jej wina, że nie ma tyle siły co on, że matka natura obdarzyła mężczyzn szerszymi barami i większą siłą. Szef widzi jak Kasia się stara, dostaje podwyżkę, ale i tak mniejsza niż pierwsza podwyżka Andrzeja. Stara się jeszcze bardziej. Wpada premia, znów niższa niż jego. Kasia się wnerwiła: co z równouprawnieniem? – myśli. Czy to jest sprawiedliwe?

Jak cholera! Kasia nie powinna zarabiać tyle co Andrzej, choćby starała się 30 razy bardziej niż on, powinna zarabiać mniej, bo robi mniej. Nie ma tu miejsca na źle rozumiane równouprawnienie. Bo czy jest równouprawnieniem sytuacja, gdy jedna osoba robi mniej, ale zarabia tyle samo? Nie! Równouprawnienie (w tym wypadku płci) jest wtedy gdy osoby różnej płci robią coś tak samo efektywnie i zarabiają tyle samo.równouprawnienie

A contrario z dyskryminacją mamy do czynienia, gdy dwie osoby różnej płci zarabiają tyle samo, pomimo że jedna robi mniej, ale wybacza jej się to ze względu na płeć. W omawianej historii szef Kasi dyskryminowałby Andrzeja ze względu na jego płeć gdyby płacił Kasi tyle samo za mniej efektywną pracę, bo jest kobieta. Wymagając tego od szefa Kasi i Andrzeja doprowadzilibyśmy tylko do tego, że nie zatrudniałby więcej kobiet. I nie chodziłoby tu o dyskryminację tylko o jego interesy. Najzwyczajniej w świecie nie opłacałoby mu się za te same pieniądze zatrudnić osoby, która robi mniej. Jasne, że niektóre kobiety są silniejsze od niektórych mężczyzn. Niech one zarabiają tyle lub więcej niż Andrzej. Te nieliczne kobiety nie zmienią jednak tego, że z biologicznego punktu widzenia każda płeć została przystosowana do innej pracy, innych zajęć. Gdyby Kasia i Andrzej pracowali w fabryce gdzie trzeba składać małe elementy i Kasia, dzięki drobnym dłoniom, składałaby ich więcej na godzinę niż Andrzej to sprawiedliwe byłoby żeby zarabiała więcej.

Równouprawnienie to nie jest obniżanie poprzeczki jednej albo drugiej płci. To stawianie jej na tym samym poziomie. Jeżeli dla jednej płci ta poprzeczka będzie bardziej dogodna – trudno. Inna poprzeczka, w innej dziedzinie może okazać się trudniejsza do przeskoczenia.

A teraz wyobraźcie sobie historię Marysi. Marysia pracuje w małej firmie jako księgowa. Marysia jest w ciąży. Ma świetną szefową, która ją wspiera i bez problemu daje wolne na badania lub gdy ma słabszy dzień. Niestety tych słabszych jest coraz więcej, więc lekarz prowadzący jej ciążę mówi żeby zwolniła trochę i wspomina, że jak tak dalej pójdzie to będzie musiała szybciej niż planowała zrezygnować z pracy zawodowej. Idzie do szefowej i mówi jak wygląda sytuacja. Szefowa, sama matka dwójki dzieci, podchodzi do tego bardzo wyrozumiale i wspólnie zaczynają szukać zastępstwa, żeby Marysia zdążyła jeszcze kogoś przeszkolić. Najbardziej obiecujący jest dwoje kandydatów: młody chłopkach tuż po studiach i trzydziestoletnia dziewczyna. Figura dziewczyny bardzo szczupła zaczyna zdradzać zarys ciążowego brzuszka. Co zrobić? Głupio zapytać, a jak się okaże, że jest w ciąży to znów będzie kogoś trzeba szukać, a Marysia na zwolnieniu nie pomoże już w szkoleniu. Szefowa Marysi, za jej radą, zatrudnia chłopaka. Czy to dyskryminacja ciężarnej kobiety? Nie to logika. Zatrudnienie kobiety w ciąży na zastępstwo w związku z ciążą innej pracownicy jest bez sensu. Niestety. To jest czysta logika. Nie ma w tym żadnej niechęci szefowej do kobiet zakładających rodzinę. Inna decyzja byłaby po prostu nierozsądna.

Jest takie pojecie jak dyskryminacja wyrównawcza (tzw. pozytywna) która zakłada, w dużym uroszczeniu, że obniżamy poprzeczkę osobom, które nie maja warunków by do niej doskoczyć, albo podstawiamy stołek. W umiarkowanym zakresie jest to uzasadnione. Jednak, nie może to przekroczyć rozsądnego poziomu, jeżeli z powodu jakichś swoich cech ktoś nie jest wstanie wykonywać prawidłowo i efektywnie danej pracy powinien z niej zrezygnować i poszukać takiej, która będzie odpowiednia. Ja wiem, że to przykre, że niektórzy muszą przez to rezygnować z wymarzonej, być może od dziecka, pracy, ale pracodawcy, współpracownicy i klienci maja prawo do efektów pracy wartej pensji i ceny.

Czy uważasz, że osoba mająca problem z odróżnianiem kolorów powinna być wizażystą? Ja nie, ale mam nadzieje że znajdzie taką pracę, w której skopie innym metaforyczne tyłki i daltonizm nie będzie przeszkodą. Jestem kurduplem wiec nie pcham się na modelkę, chociaż bawiąc się Barbie marzyłam o tym. Mam słaby wzrok więc nie zostanę snajperem, choć broń palna mnie strasznie pociąga.

Nie chciałabym żeby moje przyszłe dzieci zostawały z przedszkolanką, która ma bardzo słaby słuch i nie będzie mogła odpowiednio szybko zareagować na wołanie dziecka. Nie sądzę by czyniło mnie to złym człowiekiem. Jednocześnie nie widzę przeszkód żeby moje przyszłe dzieci zostawały z Panem opiekunem w przedszkolu (nie wiem jaka jest męska wersja od słowa „przedszkolanka”). Interesują mnie obiektywne predyspozycje tej osoby. To jest równouprawnianie: kiedy wiesz jakie cechy są potrzebne do wykonywania danej pracy i za nie premiujesz, za efekty jakie dzięki nim dana osoba osiąga. Nawet jeżeli te cechy nie są w żadnym stopniu zasługą tej osoby, a wynikiem tego “co mama w genach dała”.

Kategorie
Blog

Dlaczego Warsaw Shore jest tak genialnym programem?

Nie przywidziało Wam się – mam zamiar wychwalać Warsaw Shore. I to szczerze bez zwykłego sarkazmu. I do tego po tekście o tym, że telewizja jest rozrywką dla niewybrednych.

Autentycznie uwielbiam oglądać Warsaw Shore i z niecierpliwością oczekiwałam na drugi sezon. Pierwszy odcinek nie zawiódł moich oczekiwań. Było wszystko za co kocham ten program: nieodpowiedzialne alkoholizowanie się, niby przypadkowa golizna, genialne autorskie powiedzonka.

Najważniejszym powodem dla którego z taką radością oglądam ten program jest fakt, że pokazuje ludzi takich jak My. Tak, takich jak My. Pod warunkiem, ze zatrzymalibyśmy się na etapie liceum. Gdybyśmy zamiast dorosnąć, skończyć jakieś studia, znaleźć jakaś poważną pracę, dalej imprezowali i bawili się tak jak w wieku 18 lat (bo przecież nikt z nas nie tknął alkoholu wcześniej ;>).

bar-257852_640Dzięki Warsaw Shore możemy z trzeźwej perspektywy obserwować jak naprawdę wyglądają ostre imprezy, bo jeśli mieliśmy okazję uczestniczyć w takich, to raczej marne szanse, że zapamiętaliśmy aż tyle. Pomyślcie o wakacyjnych wypadach “na domek” z ekipą w wieku nastulat. Jak się zachowywali wasi znajomi? Kulturalnie popijali lampkę wina, zagryzając przekąski i co rano pucowali wszystkie trzy talerze, których jakiś hultaj nie umył po wieczornych rozrywkach i z pogarda patrzyli na ludzi, którzy, o zgrozo, wypili aż 3 lampki? No, nie sądzę, Śmiem podejrzewać, ze lało sie piwo i drinki, Ktoś już na wstępie nawalił się jak szpak i zasnął, wiec ktoś inny wpadł na pomysł żeby go czymś wysmarować. Ktoś inny się wy… przewrócił i reszta ekipy z niego szydziła.

I te głębokie rozmowy. Może nie padały tak ambitne teksty jak w Warsaw Shore w stylu “zlałam ją ciepłym moczem prosto z cipy” albo “każda świnia przy mnie krzyczy”, ale na takich wyjazdach na pewno powstało multum kultowych dla Was tekstów. Śmiem też podejrzewać, że panowie nie rozmawiali o recytacji wierszy nadobnym niewiastom, a raczej o zaliczaniu gąsek, szpachlowani i młotkowaniu, chociaż określenia mogły być inne.

Pyś nie chce mi zdradzić jakich uroczych eufemizmów używali z kolegami, a warto podkreśli, że chodził do klasy informatycznej i kolegów miał o podobnych zainteresowaniach. Obstawiam więc coś z w stylu “zrobił bym jej backup” albo “przeformatowałbym jej dyski” itd.

Niestety, a raczej stety dla Nas. My poszliśmy dalej. Dorośliśmy. Na imprezach zaczęło się pojawiać więcej jedzenia niż alkoholu. Nikt sie nie upodla. Nikt nie upada na podłogę. (No prawie nikt, Serdecznie pozdrawiam moją ukochana przyjaciółkę, która po każdej imprezie dzwoni do mnie, że znów się nawaliła i narobiła wstydu mężowi. Pozdrawiam też jej męża, który dzwoni do mnie zanim ona się obudzi namawia żebym ją telefonicznie obudziła, zwiększając jej zasłużonego kaca). Czasem jednak powraca sentyment do tych dzikich imprez z nieodpowiedzialnych lat młodzieńczych. I ten sentyment pozwala nam zaspokoić Warsaw Shore. Możesz bezkarnie oglądać jak ludzie sie upijają, szydzić z nich i gardzić, w myślach ciesząc się, że gdy ty tak sie zachowywałeś aparaty i kamery w komórkach nie były tak popularne. Wtedy miałbyś na youtube własne Warsaw Shore.

Kategorie
Blog

Po czym poznać, że musisz schudnąć?

Czas goni Nas nieubłaganie i sezon bikini jest już za pasem. Nie u każdego wywołuje on uczucie paniki i depresji, jednak sporo jest takich osób, u których owszem.

schudnąć

Często chęć schudnięcia wynika ze złego postrzegania swego ciała przez kobiety. Osobiście nie znoszę lasek z idealnym ciałem, które marudzą, że muszą zgubić pół kilo z łokci i kolan… Oczywiście marudzenie na temat tego ile ważymy mamy wpisane w geny (w sensie my-kobiety). Marudzenie jest rzadko podyktowane chęcią uświadomienia światu jakie to jesteśmy grube, a ma na celu usłyszenie serii pochwał i zaprzeczeń. Czasem ma ono jednak sens.

Ponieważ kobiety mają bardzo wypaczony obraz swojej sylwetki powinny się kierować innymi przesłankami niż wygląd, w ocenie tego czy czas zgubić kilogramy.

Pierwszą jest fakt, że ciuchy nie pasują. Nie jest to jednak jednoznaczne z koniecznością schudnięcia, bo mogło się przecież zdarzyć, że skurczyły się w praniu, albo wcześniej byłyśmy za chude i dopiero teraz wyglądamy przyzwoicie albo, co najbardziej prawdopodobne, ktoś zakradł się do naszej szafy i zwęził wszystkie ubrania. Podobno są całe gangi krasnoludków, które się zajmują potajemnym zwężaniem ubrań. Nazywają się: “Czekolada i inne Wściekłe Słodycze” (bardzo niebezpieczni), “Fastfoody Grozy” (umiarkowanie niebezpieczni), “Napoje Ostro Gazowane” (podstępni, ale nie tak niebezpieczni jak gang “Czekolady”).

Niestety bardzo ciężko pogodzić się z myślą, że czas sięgać po ubrania większego rozmiaru. Nie ma jednak co zaprzeczać, bo skończy się to okropnym widokiem z serii: “to że pasuje nie znaczy, że powinnaś to nosić”.

Druga przesłanka:
Przyjaciółki są od tego żeby zawsze zaprzeczać, jak powiesz, że musisz schudnąć. Zawsze! Jeżeli więc zaczynają milczeć lub udzielać wymijających odpowiedzi to czas kupić karnet na siłownie.

Jednak najgorsza i niezaprzeczalną oznaką tego, że naprawdę musisz schudnąć jest kiedy babcia Ci mówi że “poprawiłaś się” i, co gorsza, proponuje Ci tylko jedną dokładkę. Raz mi sie to zdarzyło. Podziałało jak bicz na tańczącą jaszczurkę i szybko zmotywowało do ćwiczeń.

Nie załamujcie się jednak, jeżeli okaże się, że przytyłyście, zawsze może okazać się, że to ciąża!

Kategorie
Blog

Telewizja – rozrywka dla niewybrednych

telewizjaBędąc uziemiona przez chorobę w łóżku miałam bardzo dużo czasu na oglądanie telewizji. Właściwie początkowo była to jedyna rozrywka na jaką miałam siłę. Teraz mam już więcej mocy, nawet na przewracanie kartek, ratuje się więc ucieczką w książki (wyprzedziłam już serial Gra o Tron i jestem sporo do przodu z fabułą). Powoli nabieram też siły na czytanie całego Internetu – a nazbierało się zaległości. Jednak pudełko obrazkowe dalej mnie absorbuje.

Pierwszy tydzień leżenia i przeglądania oferty programowej nie był taki zły, bo przez gorączkę i tak nie docierały do mnie te wszystkie bzdury. W drugim tygodniu było już gorzej. Obejrzałam już większość filmów, które lecą na okrągło na kanałach filmowych i zostałam zmuszona do oglądania seriali. Kilka nawet lubię, więc oglądanie pierwszego sezonu Teorii Wielkiego Podrywu i powtórek Przyjaciół sprawiło mi przyjemność, Ale to był tylko wycinek czasu jaki miałam do zagospodarowania.

Niestety nie jestem miłośniczką polskich oper mydlanych, więc wiele kanałów, zwłaszcza telewizji publicznej, omijałam szerokim łukiem. Ratunku szukałam na kanałach z bajkami niestety, zawiodłam się. Minęły już czasy gdy telewizja dla dzieci bardziej nadawała się dla dorosłych i była pełna aluzji zrozumiałych tylko dla ludzi w pewnym wieku. Teraz wszędzie królują grzeczne bajeczki, tak poprawne politycznie, że zniechęcają dzieci do wszelkiej zabawy po za trzymaniem sie za rączki i nauką nazw kolorów.

A te reklamy!!! Mój tata zawsze powtarzał, że kobiety powinny złożyć pozew zbiorowy przeciw twórcom reklam za obraz kobiety jaki tworzą. Nigdy nie zrozumiem po co kobieta bierze płyn do prania na elegancki bankiet. I dlaczego nieumyte naczynia urastają do rangi życiowej katastrofy. Najgorsze, że ciągle lecą te same reklamy i po paru dniach człowiek zna je wszystkie i podśpiewuje slogany i czuje, że przechodzi na złą stronę mocy.

Ale największym koszmarem są programy w stylu “dlaczego mnie to spotkało”. Oglądając je czujesz jak szare komórki się zwijają i chowają w najodleglejszych zakamarkach mózgu. Serio ,kto pisze scenariusze do tego??? I nie akceptuje odpowiedzi: życie. Normalni ludzie nie mają tak pokręconych przypadków i chyba jednak są bardziej kumaci.

Zaczynam trzeci tydzień okupacji łózka i telewizora. Widziałam już wszystko. Czas wrócić do Internetu – ostoi normalności.

Kategorie
Blog

Za biedni na mainstream

Czyli krótka rozprawa o tym jak być prawdziwym, tró hipsterem – część pierwsza „Muzyka”.

Wyobraź sobie, że wychodzisz z domu, co widzisz? Hipsterów, miliony hipsterów. Wszędzie hipsterzy, niczym szarańcza w bibilijnym Egipcie. Jednakże zastanówmy się, kim jest hipster.

Hipster z definicji jest alternatywny oraz gardzi głównym nurtem kultury na wielu frontach.

Zacznijmy od punktu pierwszego i najważniejszego, muzyka. Wiadomo, że trzeba być alternatywnym i słuchać tylko tego, czego nikt nie słucha, dlatego każdy hipster słucha tak niszowej muzyki, że bardziej się nie da. Każdy alternatywny hipsta słucha tego samego, co 62 miliony innych hipsterów w tym kraju. Czego więc powinien słuchać prawdziwy, niszowy, tru hipster?

Po krótkim zastanowieniu przychodzi na myśl metal. Jednakże po tym, jak puścili Nothing Else Matters w radio musimy poszukać innego gatunku muzyki. Drugi na liście, alternatywny jak buty o rozmiarze 43, to rock. Niestety, tego słucha Dimitrij Miedwiediew, w rezultacie Deep Purple odpada z definicji.

Co wybrać? Jak być prawdziwie alternatywnym hipsterem? Jak pokazać wszystkim swoją pogardę do mainstreamu? Czym zachwycać swoich mainstreamowych znajomych? Jak być bardziej alternatywnym od Muńka?

Ja oczywiście znam na to odpowiedź, jest nim czarna muza. Myślicie pewnie o raperach, to błąd! Prawdziwa czarna muza to nordycka czarna muza! I to nie byle jaka. Myślicie, że Mayhem to alternatywa? W życiu, to czysty mainstream (no chyba, że chodzi o klasyczny skład, ale to inna historia).

Drodzy Państwo! Przedstawiam wam Thorr’s Hammer! Prawdziwie alternatywny nordycki drone doom black pagan metal, tak alternatywny, że nie jest nawet z Norwegii! Do tego spełnia podstawową zasadę hipsterskiej muzy, na FB zespół ten ma mniej niż 5000 fanów. Polub stronę i poczuj się elitarny. Tak, tam pani śpiewa. 😛

Oczywiście jest jeszcze bardziej niszowa muzyka, przy której nawet Thorr’s Hammer jest mainstreamem. Nie będzie linków z kilku powodów, po pierwsze zespoły te nie mają nawet stron na FB, po drugie sorry, ale potrzebne są lata treningów, żeby móc czegoś takiego słuchać.

I co? Nadal myślisz, że jesteś alternatywny ze swoim The XX?

Już w następnym odcinku napiszę dlaczego Apple to mainstream (wyprzedzając pytania, tak, nie stać mnie, dlatego wyszydzę).

Kategorie
Blog

BANGARANG! – Nie zrozumiesz, bo to slang

Ostatnio przeczytałam książkę. Nie pierwszą, nie ostatnią w życiu. Właściwie to dwie w 4 dni. Też nic nadzwyczajnego, bo jestem uzależniona od słowa drukowanego i pochłaniam go rocznie sporo: od dzieł epokowych, po całkowity chłam, głownie oscylując gdzieś wokół fantastyki. Ot, takie zboczenie.

Tym razem jednka było inaczej. Nie dość, że książka mnie wciągnęła, jak pralka pojedyncze skarpetki, to jeszcze całkowicie i bezapelacyjnie zdetronizowała moją, dotychczas, ulubioną książkę: Grę Endera.

Fabuła, która gdzieniegdzie się przedpłata pomiędzy, z pozoru, oderwanymi od siebie historiami wciąga, a same jej założenia urywają łeb sprawiając, że człowiek nie może się skupić na świątecznym obiedzie u mamy (bo w takich właśnie okolicznościach dowiedziałam się o książce od mojego starszego brata, któremu zawdzięczam pociąg do fantastyki).

A więc (Dobrowolska spadaj z tym swoim grama-nazizmem, jak będę miała ochotę zacząć akapit od “a więc”. to zacznę!) fabuła:

Wyobraźcie sobie Nibylandię, gdzie Piotruś Pan wraz grupą chłopców i uroczą wróżką Dzwoneczkiem, wiodą pełne wesołych przygód życie. I właśnie tu wkracza Jakub Ćwiek, autor, “Chłopców” o których mowa, i robi totalną rozpierduchę z naszego disnejowskiego wyobrażenia o Piotrusiu Panie i Zagubionych Chłopcach, i ich życiu w Nibylandii.

chłopcyĆwieka miałam już przyjemność poznać dzięki serii „Kłamca”, która też mnie wciągnęła, chociaż dopiero dwie części zaliczyłam (musiałam zrobić przerwę na Grę o Tron żeby przeczytać całą sagę zanim ruszą z nowym sezonem serialu). Wracając jednak do fabuły “Chłopców”, to co byście powiedzieli gdyby się okazało, że Piotrusiowi odbiło i Zagubieni Chłopcy musieli uciekać z Nibylandii wraz z Dzwoneczkiem, która ich wychowała na nieprzewidywalnych, wiecznie niedojrzałych członków gangu motocyklowego? No właśnie, lekki blow mind.

Chłopcy lubią rozróby, zaliczać panienki, chlać i nie boją się niczego. Z wyjątkiem mamy, bo ta trzyma ich żelazną ręką i to za jaja. Nie będę streszczać w jakie kolejne, i kolejne, i kolejne tarapaty się pakują, bo zakaz spojlerowania powinien być według mnie 11 przykazaniem. Pozachwycam się jednak postaciami jakie udało się stworzyć Ćwiekowi. Cała siódemka (Dzwoneczek plus sześciu Zagubionych Chłopców) jest nieźle powalona. Jednak najbardziej przypadł mi do gustu duet Kędziora i Milczka. Kędzior jest najbardziej niefrasobliwy z całej gromady (co by nie powiedzieć popier…ny) i gdybym zamiast Dzwoneczka była jego matką to pewnie miałabym wklęsłą twarz od ciągłego robienia face plam po każdym jego wyczynie. Milczek z kolei, jest uroczym niemową, który ciągle coś zalicza i bynajmniej nie chodzi mi o wpadki. Ma najlepsze teksty, a jego dialogi z Kędziorem są niezapomniane (tak, niemowa ma najlepsze teksty).

Dotychczas ukazały się dwie części, ale autor zapowiedział kolejną. Nie mogę się już jej doczekać, częściowo żeby się przekonać, jak potoczą się dalsze losy Dzwoneczka i Zagubionych Chłopców i jak skończy się główny wątek, ale głównie dlatego, że tęsknie za ich wulgarnym słownictwem, skłonnością do bijatyk, pijatyk i tą cudowną niedojrzałością i za Dzwoneczkiem, która próbuje to wszystko ogarnąć w uroczej koszulce z napisem “Lepiej we mnie uwierz, dziwko” (zamówiłam sobie taką na stronie tess-shirt.pl i nie mogę się doczekać kiedy przyjdzie).

Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście „Chłopców” to nadróbcie to w ekspresowym tempie, a jak już czytaliście to. :

Kategorie
Blog

„Informatyk” – jak dogadać się z nim w pracy?

informatykJakiś czas temu stanęłam w obronie biednej, uciśnionej grupy jaką są “informatycy” wszelkiej maści [Czytaj: Nie proś znajomego informatyka o zmianę tapety!], dziś dla odmiany będę podpowiadać jak ich wykorzystywać (nie cieszcie tam michy koderzy i inni komputerowcy, w sensie komputerowym, a nie seksualnym), ale tylko w pracy. Czas prywatny zostawcie im na rozwijanie swoich pasji i wyrywanie lasek (he he – ale mam serię prześmiesznych żarcików o informatykach, he he, wyrywanie lasek…).

Informatyzacja zjada Nas na każdym calu, w urzędach dobijając Panie Krysie, w życiu prywatnym i przede wszystkim w pracy. Pojawia się coraz więcej cudów techniki i zmyślnych programów, które mają nam ułatwić wykonywanie obowiązków i sprawić żebyśmy mieli więcej czasu na kawę i plotki w biurze. To idylliczne założenie upada na mordę, gdy za projektowanie i tworzenie biorą się osoby, które nie mają przyjemności potem korzystać z własnych dzieł i nie znają specyfiki pracy. Albo co jeszcze lepsze, gdy wewnętrzny program został zaprojektowany 10 lat temu i w firmie nie ma nikogo kto wie jak on powinien działać. Dodajmy do tego worek monitorów CRT, dorzućmy komputery z komisu po likwidacji szkoły podstawowej i otrzymamy mieszankę, która nie jest w stanie działać poprawnie, ale jednak to robi. No, przynajmniej w akceptowalnym stopniu. Dzieje się tak za sprawą firmowego informatyka albo, jak się w firmie powodzi, całego ich działu.

Taki biedny, firmowy informatyk musi znać się na wszystkim. Kiedyś już tłumaczyłam, że z informatykami jest jak z lekarzami, każdy ma specjalizacje i trzeba to uszanować, ale firmowy informatyk to co innego. On zwykle został zatrudniony jako “ten od komputerów” i musi ogarniać wszystko, co jest z nimi związane od podłączenia myszki, po wkręcenie żarówki w serwerowni. Oczywiście jest on niezwykle zabiegany i nigdy nie ma czasu. Jak “nowoczesna” technika zawiedzie Nas w pracy i bardzo potrzebujemy jego pomocy, na bank będzie robił coś ważniejszego np. instalował nowego office’a na komputerze syna kochanki prezesa. Jak więc rozmawiać z informatykiem aby zdobyć jego uwagę?

informatyk

Niełatwe to zadanie i wymaga subtelności.

Pierwszą metodę zdobywania uwagi informatyka nazwijmy “na Zucha”, bo patrzyłam ją u Macieja Mazurka w tym o to komiksie (motyw ze zmianą tapety też tam).

Polega ona na dokarmianiu informatyka za każdym razem jak odwiedza nasze biurko. Dobrze mieć w tym celu ciasteczka schowane w szufladzie. Trzeba uważać jednak żeby taki się nie rozbestwił i nie zaczął domagać się jedzenia za każdą pomoc (nawet za tą, która zlecił mu szef). Miałam kiedyś takiego w firmie, który domagał się jedzenia, za cokolwiek by nie zrobił. O ile w przypadku odblokowania fejsa było to uzasadnione to już w przypadku instalowania programu, bez którego nie można pracować to nie bardzo.

Kiedyś zablokował całemu działowi handlowemu FB na kilka dni domagając się kanapek dla całego pokoju informatyków. Biedne dziewczyny ugięły się już po 2 dniach.

Kolejną metodą jest podrywanie, ale z tym nie należy przesadzać, bo skończy się ślubem jak u mnie i u Pysia, i delikwent przestanie Ci pomagać w czymkolwiek. I będzie pomagał tylko atrakcyjnej księgowej. Oczywiście w celu podrywania dobrze być względnie atrakcyjnym. Co w przypadku kobiet może ograniczyć się do posiadania cycków.

Moją ulubioną metodą zwabienia informatyka do pomocy jest zaintrygować go. W tym celu należy w taki sposób przedstawić swój problem, aby informatyk przyszedł z czystej ciekawości zobaczyć co się dzieje. Jak już przyjdzie to przy okazji naprawi.

Przez jakiś czas pokazywały nam się w edytorze tekstów takie okropne krzaczki, co było permanentnie ignorowane pomimo kilku zgłoszeń. W końcu poszłam do jamy programistów odpowiedzialnych za ten program, żaląc się, że edytor pokazuje mi “faki”. Rzeczywiście owe krzaczki wyglądały trochę jak dłoń z uniesionym środkowym palcem. Mój opis na tyle zainteresował dumnych twórców kodu, że przyszło aż dwóch oglądać. I nawet naprawili. Tego samego dnia! Dało się? Dało!

Ostatnia metoda, której nie polecam, chyba że w ostateczności, jest zgłaszanie błędu przy szefie. Trzeba wyczaić moment, gdy będzie w pokoju informatyków i wtedy tam wejść i oznajmić, wielce rozżalonym tonem, że nie możesz pracować, bo coś tam nie działa. Który przełożony nie zatroszczy się o to by Twój czas w biurze nie płyną bezproduktywnie?
Podkreślam, że jest to ostateczność i generalnie nie wolno jej stosować jeśli istnieje cień szansy na osiągnięcie celu innymi metodami. I można po nią sięgnąć, tylko jak pomoc mistrza komputerów jest nam niezbędna. Dopóki możemy pracować na liczydle lepiej to róbmy…

Dobrze stosować te metody naprzemiennie, a najlepiej po prostu dobrze żyć z działem informatyków. Warto czasem z nimi na piwo skoczyć i NIGDY nie prosić informatyków o zmianę tapety 🙂

Kategorie
Blog

NIEruchome obrazki – czyli komiksy, które sprawiają, że mam niepozmywane naczynia

Dziś dla odmiany chciałabym Wam polecić kilka komiksów internetowych, które warto czytać. Zbiór inspiracji życiowych dla ludzi o zbrukanym poczuciu humoru. Coś mi mówi, że Wam się spodobają 😀

komiks

Pierwszego zapewne nie muszę przedstawiać – Chata Wuja Freda, tworzony przez dziewczynę ukrywającą się (ale tylko trochę) za pseudnimem Kobieta Ślimak. Komiks dostępny jest pod adresem chatolandia.pl i dorobił się już własnej rzeczy fanów. Znajdziecie w nim życiowe gruzo-mądrości podane w formie absurdu ułatwiającego ich strawienie.

Kobieta Ślimak też jest za biedna na sushi co wielokrotnie podkreśla w swej twórczości (paczaj tutaj) i diecie składającej się z gruzu i tego co dobrzy samarytanie jej podeślą. Jako że najprawdopodobniej jest moją bratnią duszą (zakładając, że obie mamy dusze), marzę by ją nakarmić.

W kolejnym moim ulubionym komiksie – Barwy biedy, również maczała palce Ilona aka Kobieta Ślimak. W tym wypadku jako scenarzystka. Kreska natomiast pochodzi od Kicipiutka. Komiks ukazuje się na stronie co sobotę tutaj (mniej więcej). Duet Kobieta Ślimak i Kicipiutek przelewa na papier/ekran swoje pomysły tworząc poczet postaci w rożnym stopniu odbiegających od wzoru normalności z Remim – psychopatycznym gejem komornikiem na czele. Komiks ma nawet fabułę, która powoli zaczyna być widoczna.

Dzięki Barwom Biedy poznałam Kiciputka, która prowadzi bloga w wiekszości ryzunkowego pod adresem kiciputek.blogspot.com, gdzie dzieli się z nami swym talentem i podejściem do życia. W swoich komiksach często przedstawia obserwacje dotyczące codzienności i swoje koty. Absolutnie zakochałam się w niej po tym komiksie i jestem pewna, że każdy fan Gry o tron też 😀

Następny pochłaniacz mojego czasu jest tworzony przez Rev – Tak bardzo źle -. Dodam, że jest to kobieta – programista. Co samo w sobie daje jej multum tematów na komiksy. A jej spojrzenie na codzienność z pozycji metra pięćdziesięciu na pewno przypadną do waszego wypaczonego gustu. (Nie ukrywajmy, skoro czytacie Za biednych na sushi to nie jest z Wami najlepiej) Kwintesencją jej twórczości jest dla mnie ten komiks. Tak bardzo zabawnie niesmaczny 😀

Teraz pierwszy Pan w zestawieniu – Zuch, czyli Maciej Mazurek. Rysujący pod adresem http://www.zuchrysuje.pl. Jego komiksy to świetna satyra o korpo świecie (np. tutaj). Dodatkowo jego kreskę można podziwiać w serii komiksów publikowanych na stronie serwerblog.com pod tytułem IT Boyz.

Ostatni komiks to seria o przysłowiowej „Pani Halince”, która reprezentuje wszystkie panie, we wszystkich okienkach urzędowych, sklepach i okienkach. Jest idealną mieszanką, zła, złośliwości i niekompetencji. (w przeciwieństwie do Pani Krysi). Komiksy przedstawiają sytuacje wymyślone przez autora, czytelników i sporo opartych na faktach. Pozostaje mieć nadzieję, że akurat ta historia nie ma w sobie ziarna prawdy.

Jak czytacie coś ciekawego to podeślijcie link w komentarzu 😀

Kategorie
Blog

Za biedni na biegactwo

Dzisiejsza notka jest oparta na faktach autentycznych i opowie o tzw. biegactwie, a skierowana jest przede wszystkim do osób, które uprawiają tę dewiację. Przede wszystkim zastanówmy się, czym jest biegactwo.

Przede wszystkim każdy adept biegactwa musi mieć pulsometr za pierdylion złota, wiadomo bez pulsometru z gps, ant+, abs, usb i fajerwajer nie ma opcji na bieganie. Do tego oczywiście buty za drugie pierdylion złota, koniecznie renomowanej firmy. Do tego najmodniejsza w sezonie koszulka funkcyjna z systemami, których nazw nawet nie potrafię wymówić.

bieganieOk, skoro już taki biegactwiecz (człowiek, który uprawia biegactwo) ma już ten cały sprzęt, to musi wyjść na trening. Oczywiście należy przestrzegać podstawowych zasad trengu biegactwowego. Przede wszystkim najważniejsza z zasad, wręcz fundamentalna zasada będąca kamieniem węgielnym biegactwa, należy powiadomić wszystkich swoich ziomów na fb, g+, ask.fm, v4, asb, c++ i innych portalach społecznościowych, że idziemy biegać. Następnie kiedy już wszyscy nasi znajomi wiedzą, że idziemy biegać, należy iść biegać. Sama techniczna strona biegactwa nie różni się od biegania, po prostu wymachujemy nogami w jakimś tempie i tyle. Jedyna różnica polega na tym, że nie pozdrawiamy biegaczy poprzez podniesienie ręki. Biegactwujemy sobie odpowiednią ilość czasu, wedle potrzeb i możliwości, a następnie następuje właściwa część treningu, czyli wrzucenie treningu z endomondo na wybrany przez siebie portal społecznościowy.

bieganieTeraz wyobraźmy sobie zaawansowanego biegactwiecza (staż biegactwowy około 2 miesięcy). Taki ktoś w pewnym momencie podejmuje decyzję o wzięciu udziału w zawodach. W przypadku mojego miejsca zamieszkania najczęściej są to zawody organizowane przez śledziowy ośrodek sportu i rekreacji. Wówczas następuje przełączenie na “Zawody mode”. Nieważne, że nigdy w życiu nie przebiegło się dystansu większego niż 5km, ale trzeba na zawody iść. Oczywiście strefy startowe na zawodach to tylko ściema dla słabych ludzi, co z tego, że nigdy nie udało mi się przebiec 10km w czasie poniżej godziny? Ustawię się w strefie dla biegających od 45 do 50 minut, w końcu dam radę. To, co się dzieje na zawodach to chyba materiał na osobną notkę albo może cały cykl notek. Niestety, mimo ciężkich treningów nadal muszę startować w najwolniejszej strefie i biec w peletonie, dlatego mogę obserwować wiele bardzo ciekawych zachowań, jak np. panią, która nagle na środku drogi postanowiła nagle się zatrzymać i uklęknąć. Nie wiem, czy wiązała but, czy po prostu klękała do miecza, nie obchodziło mnie to, byłem zajęty bieganiem, poza tym mam żonę.

Na koniec – nie martwcie się, bieganie jest superfajne, a biegactwo kiedyś się skończy i zostaną tylko ludzie, którzy naprawdę chcą biegać. :>

Kategorie
Blog

„Czy mógę rozmawiać z osobą decyzyjną?” – czyli sposoby na telefonicznych SPAMerów

Zdarza mi się czasem w pracy odebrać “biurowy” telefon. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, jak ogromna jest skala telefonicznego spamu. Najgorsze, że firmy, które wybierają tę formę promocji swoich produktów wyrzucają najczęściej pieniądze w błoto. Nie dlatego, że jest to przestarzała forma itd., tylko dlatego, że robią to źle, wręcz tragicznie. Zwykle nie mam pretensji do dzwoniących i życzę im miłego dnia na koniec rozmowy, bo oni wyklepują formułki, które ktoś kazał im powtarzać, chociaż i oni potrafią mi podpaść. Poniżej kilka ciekawszych przypadków:

Pierwszą i największą bzdurą jest proszenie o rozmowę z “osobą decyzyjną”. Ja rozumiem, że chcą porozmawiać z osobą, która zadecyduje o zakupie, ale jak słyszę tekst osoba decyzja to zaraz zapala mi się czerwona lampka “SPAM!!”, i nie ma szans żebym połączyła z kimkolwiek. Jeszcze lepsi są ludzie, którzy chcą rozmawiać z dyrektorem, prezesem itd. i nie znają nazwiska. Podstępnie pytam się zawsze „z którym?”, żeby wybadać czy ktoś odpowie. Zwykle zawieszają się, a co bardziej doświadczeni mówią “z głównym”. I tu ich mam. Czerwona lampka. SPAM. Nie połączę. Jak leniwym trzeba być, żeby jednego nazwiska w Internecie nie sprawdzić…

Chociaż i tak lepsi są Ci, którzy proponują nam szkolenia z rzeczy, którymi się zajmujemy. Zawsze wtedy pytam:
– A wie Pan/Pani czym się zajmuje nasza firma?
– No właśnie nie do końca….
– To proszę sprawdzić w internecie i wtedy zadzwonić.

I ile takich bezsensownych telefonów wykona ta osoba. I kto za to zapłaci. Błooooto.

Często zwrot “osoba decyzja” jest inaczej sformułowany lub bardziej rozbudowany, ale i tak zawsze ich wyłapię.
– Dzień dobry, nazywam się tak i tak, czy mogę rozmawiać z osobą decyzyjną do spraw tuszy i tonerów do drukarek.
– Dzień dobry, nie sądzi Pan, że to bardzo wąskie stanowisko?
– YYY, no.. tak nie o to chodzi. Ja bym chciał rozmawiać z kimś kto odpowiada za zakup.
– Jeżeli chodzi o ofertę proszę wysłać na e-mail.
– Dobrze, proszę podać adres.

Pewnie myślicie, że głupia jestem, że tak ochoczo podaję e-mail. Wcale nie. Mamy specjalny adres, tylko do przesyłania takich rzeczy. Raz na jakiś czas tam zaglądamy i odsiewamy co nas interesuje 😀

Nie wszyscy jednak są tak ochoczy do wysyłania e-mail i koniecznie muszą rozmawiać z prezesem. A po co? “Żeby oprowadzić po naszej nowej stronie internetowej” o_O Bo przecież dyrektor nie ma nic lepszego do roboty tylko oglądać nową odsłonę strony internetowej serwisu informacyjnego, bo sam sobie nie poradzi. Jeżeli nie poradzi sobie sam z jej obsługą, to chyba komuś przy jej projektowaniu obce było słowo “intuicyjny”.

osoba decyzyjnaOstatnim hitem był telefon od firmy, której przedstawiciel chciał rozmawiać z osobą decyzyjną w sprawie… wody jaką spożywamy w biurze. Ratunku!

Absolutnym przebojem wszech czasów był Pan, który chciał rozmawiać z osobą odpowiedzialną za wybór dostawcy Internetu, bo wcześniej z kimś rozmawiał z naszej firmy. Zbiegiem okoliczności wiedziałam, że akurat temat jest na tapecie w firmie wiec już miałam łączyć. Tylko zawahałam się z kim? W tej kwestii mógł rozmawiać z szefem IT albo z księgową, jedno wybiera, a drugie płaci. Zapytałam się więc uprzejmie:
– A rozmawiał Pan ostatnio z kobietą lub mężczyzną?
– No właśnie nie pamiętam, bo to nie ja tylko koleżanka, a ona nie wie.

Czerwona lampka. SPAM. Tak się zezłościłam na niego, że stwierdziłam, że choćby był ostatnim dostawcą Internetu na pustyni, to nie połączę go!
– Jeżeli to oferta to proszę wysłać na e-mail.
– A nie można telefonicznie, bo ja mam taką ofertę, że tylko telefonicznie mogę ją przedstawić.
(AKURAT SPAMERZE!!)
– Nie, nie można. Proszę wysłać ofertę e-mailem.
– Ale to trzeba indywidualnie ustalić i ja muszę znać dane.
– Skoro już ktoś od Państwa do nas dzwonił i rozmawiał to pewnie mają Państwo potrzebne dane.
– No tak, ale ja bym chciał ustalić, czy nic się nie zmieniło.
– Nie, nic się nie zmieniło.. Proszę wysłać ofertę e-mailem.
– I naprawdę nie ma prostszej drogi. (To ostatnie zdanie wymówił wściekły, cedząc słowa przez zęby. On był zły na mnie! Po tym jak nakłamał!)
– Nie.

Najbardziej mnie zezłościł tym, że prawie mi zepsuł statystyki, bo w pokoju mamy taką zabawę i obstawiamy czy ktoś się kiedyś wymknie cerberowi telefonicznemu, czyli mi. Do tej pory nikomu się nie udało. Czasami zabawa jest przednia, dlatego na czas urlopu koleżanki, z dobrze skrywaną ochotą, przejęłam telefon.

Chociaż to trochę głupie, że jak on dzwoni, to cały pokój przestaje pracować, nasłuchując co tym razem ja wymyślę albo druga strona słuchawki. I kto wygra?

Kategorie
Blog

Jak stać się kimś wyjątkowym w wiosce smerfów?

Każdy z nas lubi być postrzegany jako ktoś wyjątkowy. Nie inny, bo to ma trochę pejoratywny wydźwięk, ale wyjątkowy. Wyróżniający się czymś z pośród ludzi, ale czymś pozytywnym. Chyba że ma się kilka lat, wtedy chcesz być taki jak inni. Mieć takie same zabawki, oglądać takie same bajki i ubierać się tak samo.

Z rok starszą kuzynką miałyśmy taką manierę, że w wieku kilku, a nawet wczesnych kilkunastu lat, kiedy spędzałyśmy razem czas, starałyśmy się wyglądać jak bliźniaczki. Było to o tyle łatwe, że nasze mamy często kupowały ubrania podwójnie (po jednej sztuce dla każdej z nas). Jednak w swym dziecięcym marzeniu żeby wyglądać tak samo pomijałyśmy istotny fakt, jakim była różnica w naszej aparycji. Ona wyższa z blond włosami, ja kurdupel z ciemnymi. Dodajmy do tego fakt, że ona całe życie była szczupła, a ja w tamtym okresie zaliczałam się do tzw. pucołowatych dzieci. W albumie rodzinnym jest takie zdjęcie z komunii mojego brata albo jej siostry gdzie stoimy obok siebie i ja wyglądam jakbym kradła jej jedzenie z talerza (całe). Wtedy jeszcze ubrane inaczej, bo rodzice nas stroili. Potem cały czas próbujące się upodobnić do siebie. Z wiekiem to mija, zwłaszcza kobietom. W wieku nastoletnim byłam uczulona na słowo “Modne”. Potrafiłam nie ubrać czegoś tylko dlatego, że było modne. W efekcie częściej byłam przebrana niż ubrana. Brrrr… Straszne czasy. Teraz mam trochę bardziej wyważone podejście do wyróżniania się (zwykle jestem najgłośniejszą osobą w pomieszczeniu – na swoje i innych nieszczęście).

Znacie te przerażające historie o kobietach, które zjawiły się na imprezie w takich samych sukienkach. Kongomongo, bijatyki, wyrywanie włosów i inne rozrywki. A tak serio: to straszna, straszna sytuacja dla kobiety, zwłaszcza jak ta druga wygląda lepiej…i co gorsza szczuplej. Kobieta jest w stanie przeżyć, że inna wygląda w tej samej sukience seksowniej, ładniej itd. ale nie przeżyje, że ktoś wygląda w niej szczuplej. Miejska legenda mówi, że gdzieś kobiety, które przypadkowo spotkały się na jednej imprezie w takich samych sukienkach zamiast rzucić się sobie do gardeł albo obgadywać za plecami, z uśmiechami pozowały do wspólnych zdjęć. Pewnie jedna drugiej próbowała rozpiąć z tyłu sukienkę żeby wszyscy zobaczyli, że ta druga ma wyszczuplające majtasy.

wyjątkowyTak bardzo chcemy być wyjątkowi, że powstała cała ideologia wyjątkowości. Nazywa się hipsteryzm i chodzi w nie o to żeby być innym i robić wszystko inaczej niż inni. W efekcie otrzymujemy tabuny ludzi, którzy są do siebie podobni, ale twierdzą, że są inni od innych takich samych i generalnie oni byli pierwsi inni od innych, a reszta to naśladowcy, a oni byli inni od innych zanim to było modne. Takie mentalne rozwydrzone nastolatki.

W świecie masowej produkcji jest ograniczona ilość ubrań i rzeczy, które może człowiek posiadać i jeszcze mniej gatunków muzyki jakiej może słuchać. Silą rzeczy nawet ich pomysłowe zestawienie, używanie czy miksowanie nie daje nam gwarancji na osiągnięcie całkowitej unikatowości. W efekcie tych starań możemy zostać co najwyżej tak wyjątkowi jak smerfy. Niby jeden ma kwiatek, a drugi tatuaż na bicu, ale na wspólnym zdjęciu wyglądają jak banda klonów.

Skoro nie możemy się wyróżnić tym co mamy, chcemy się wyróżnić tym co myślimy, wiemy, mówimy. Wymaga to jednak pewne refleksyjności, a nie klikania we wszystkie posty na fejsbuniu, które zaczynają sie od tekstu “Tylko 5% ludzi jest w stanie rozwiązać tę zagadkę” i obrazek z zadaniem z podręcznika do matematyki dla uzdolnionych piątoklasistów. Do tego kilkaset i więcej komentarzy z poprawną odpowiedzią, a człowiek dalej sądzi, że jest mądrzejszy niż inni…

Paradoksalnie, żeby się wyróżnić i zostać kimś wyjątkowym trzeba być sobą. Szanse, że na świecie jest druga taka osoba są mniejsze niż to, że ktoś miał przed tobą taki telefon, albo zestawił te buty z tymi spodniami, albo policzył poprawnie równanie matematyczne z dodawaniem i mnożeniem bez nawiasów (jebany Einstein).

Największe parcie na wyjątkowość widzę przy rożnych aferach odbijających się w Internecie jak metaforyczne kręgi od “kaczki” na wodzie (jakie głębokie porównanie, takie wyjątkowe 😉 ) Niby każdy ma taki kontrowersyjny pogląd na dany temat, a wszyscy piszą to samo. Jak się czyta takie wpisy i komentarze to prawie zawsze widać, czy ktoś stara się być taaaki kontrowersyjny i pohejtować wszystko dla kilku lajków pod tekstem czy tak myśli i wyraził swoje zdanie. Ludzie, którzy są naprawdę wyjątkowi nie muszą innym tego oznajmiać, bo po pierwsze inni to widzą, a po drugie mają gdzieś wyjątkowość.

A teraz genialna rada od serca dla Was:

Jak chcecie być naprawdę, ale to naprawdę hipsterscy i wyjątkowi, no tak aż świecić wyjątkowością, to czytajcie Za biednych na sushi. Biorąc pod uwagę, ilość osób która ostatnio rozwiązała kolejny arcytrudny matematyczny quiz, a ilość czytelników bloga, to czytanie ZBNS daje Wam większe szanse na wyróżnieni się.

Po za tym jak już będziemy sławni i mieć własną linię kaloszy to będziecie mogli mówić: “Czytałem/am Za biednych na sushi zanim to było modne”

Kategorie
Blog

Nie bądź wegetarianinem w sklepie mięsnym, czyli role społeczne w praktyce

“Udaje kogoś innego.”

“Przy nich nie jest sobą.”

“Dwulicowa rura miedziana.”

Tak często spotykamy się z przypadkami, gdy wydaje się nam, że kogoś znamy, a potem nagle widzimy go w innym środowisku, w innej sytuacji i jakbyśmy dostali węgorzem po twarzy i okazuje się, że nic a nic nie wiedzieliśmy o tej osobie. Czy to znaczy, że ta osoba udawała przed nami kogoś innego czy teraz udaje? Zagwozdka na miarę tego kto był ojcem Smerfika.

A może, a właściwie to całkiem prawdopodobnie, wszystkie wersje tej osoby są prawdziwe? Jest takie pojęcie “role społeczne”, które tłumaczy dlaczego można być jednocześnie pierdołą w domu i profesjonalistą w pracy. Z grubsza chodzi o to, że w życiu mamy przypisane różne role: rodzica, dziecka, pracownika, sąsiada itd. i z każdą z nich wiążą się pewne normy zachowań, oczekiwań i pewne nasze zachowania. W każdej z ról, jak aktorzy, zaczynamy przybierać przypisane do nich zachowania. Grając te role wcale nie przestajemy być sobą, tylko dostosujemy się do otoczenia czy okoliczności. Przecież kobieta, która w domu jest troskliwą matką, nie będzie w ten sam sposób zachowywała się w stosunku do podwładnych i pytała czy zjedli wszystkie warzywa. Co najwyżej może zapytać czy ktoś znów na kacu przyszedł, ale i to raczej nie z troską…

Ta sama osoba może nawet w podobnych okolicznościach zachowywać się inaczej np.: taki student-pracownik. Gdy pójdzie negocjować ocenę to zapewne użyje taktyki “na pandę” wchodząc w rolę studenta, a gdy pójdzie negocjować podwyżkę przedstawi rzeczowe argumenty chowając pandę do pandemonium (Tak wiem, że pandemonium to nie jest miejsce, w którym trzyma się pandy, ale Dobrowolska, która ma obsesje na punkcie wcinaczy bambusa twierdzi, że to niedopatrzenie). W różnych okolicznościach nasz dzielny pracujący student zagra inna role i dalej będzie sobą.

Czasem role jakie gramy są niespójne, np. prezes firmy, poważny człowiek, który jednym spojrzeniem mrozi spóźnionych pracowników i przed śniadaniem podejmuje ze 3 decyzje o kluczowym znaczeniu dla firmy, w roli męża nie potrafi kupić mleka jak mu żona wyraźnie na karteczce nie napisze ile procent tłuszczu ma mieć. I on też ciągle jest tą sama osobą. Jak żona, która na co dzień jest księżniczką, a w sypialni dzi…ką kotką 😉 Nie wszystkie role jakie gramy w życiu jest łatwo pogodzić. Nie w każdym środowisku można grać je tak samo, Wreszcie jest jeszcze nasza osobowości, która nie zawsze pasuje do wszystkich scenariuszy.

role społeczne

Mam sporo znajomych, których rodzice lub partnerzy to wojskowi lub marynarze. I często słyszałam o ojcach, mężach, którzy po tygodniach lub czasem miesiącach spędzonych po za domem, żyjąc według skrupulatnych zasad, które są niezbędne w czasie służby nie potrafili się odnaleźć w chaosie domowym. Nie wychodzili z roli. Bo jak to? Po tym ułożonym co do milimetra życiu wracają do domu a tam: dzieci szaleją, kaszka i, w skrajnych wypadkach, kupa lata po ścianach. Jak ma się w tym odnaleźć pan wykrochmalony kołnierzyk? Jak wejść w rolę ojca, który zetrze ze ściany ekskrementy syna, i z uśmiechem na twarzy nakarmi go, nie przejmując się, że pies przykleił się do kanapy przez kaszkę. Nie jest łatwo.

Ważne żeby grać te role społeczne, które chcemy i tak jak chcemy. W oczach mojej mamy zawsze będę pierdołą, która nie umie posmarować chleba masłem żeby się nie zaciąć, a w oczach znajomych osobą, która w kilka minut potrafi zrobić wymyślny obiad z przystawkami z niczego. W obu rolach się jednak odnajduję i w obu jestem sobą. Mama lubi mnie karmić, zwłaszcza od kiedy „poszłam na swoje”. W ten sposób okazuje troskę. Podejrzewam, że jakieś przyszłe, ewentualne dzieci, które u niej zostawię będę odbierać kwadratowe. Tak jak znajomi wychodzący ode mnie po obiedzie, który przeciągnął się do kolacji, bo przecież nagotowałam na pułk wojska, to nie może się zmarnować. Zabawne. Nawet nie zauważyłam kiedy weszłam w rolę mojej mamy i zaczęłam z pasją tuczyć wszystkich, którzy się nawiną.

Całą zabawa z rolami jakie przyjmujemy w życiu polega na dwóch sztuczkach: pozostaniu sobą i umiejętności łączenia ról. Pierwsze polega na tym żeby zachować zasady moralne i wyznawane wartości w niezmienionej formie. Jeżeli nie jest to możliwe to najlepiej zrezygnować z roli, która się z nimi kłóci. Bo potem mamy sprzedawcę na stacji benzynowej, który chowa gumki przed klientami, albo wegetarianina, który pracuje w mięsnym. Co do łączenia ról, to trzeba nie tylko umieć być marynarzem na statku i tatą w domu, ale czasem oboma jednocześnie. Nie można oczywiście popadać w skrajności Jak Cersei Lannister z Gry o Tron, która łączy rolę siostry, kochanki i królowej zołzy w jednym i to w relacjach z tym samym mężczyzną. Nie warto też skupiać się na jednej roli, bo potem ciężko od niej uciec jak Rysiowi z Klanu od mycia rączek.
Wystąpili:
Majka jako Blogerka
Majka jako żona Pysia
Majka jako córka pierdoła
Majka jako Ogarnięta Pani Domu
Majka jako Siewca Absurdu
i wiele innych

Kategorie
Blog

Szlachta nie pracuje i pracować nie będzie

To, że wyszukiwanie w mediach społecznościowych osób, które starają się o pracę jest standardem, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Tak mi się zdawało dopóki nie przeprowadziłam większej rekrutacji. Człowiek zaczyna przeczesywać głębie Internetu, Wujek Google śmiga jakby w kopalni go zatrudnili, a Fejsbunio zdradza ciekawe zakamarki internetowego życia potencjalnych pracowników. To co można znaleźć bywa dość intrygujące.

szlachta nie pracuje

Wyszukiwanie po imieniu i nazwisku nie zawsze się jednak sprawdza, bo ilość wyników odstrasza od sprawdzenia kandydata, ale wyszukiwanie po e-mailu daje znacznie bardziej satysfakcjonujące wyniki. Wchodzisz sobie na profil jegomościa, który w liście motywacyjnym zapewnia, jak to chętnie podejmie pracę, a na profilu na FB ma zaznaczone w rubryce praca, że “Szlachta nie pracuje”. Nie będę przecież przeszkadzać arystokracji, tak mało nam jej zostało. Niech się zajmą przywracaniem monarchii albo starej dobrej demokracji szlacheckiej. Chociaż i tak lepsi są ci którzy mają w rubryce praca “mam w dupie”, jeżeli nie starasz się o pracę u proktologa to może lepiej nie prezentować takich opinii publicznie?

Odradzam też opcje udostępniania informacji “znajomym znajomych”. Świat jest mały, a zgodnie z teorią „Sześciu stopni oddalenia” od dowolnego człowieka na planecie dzieli nas 6 podań ręki (znajomych znajomych). A teraz pomyśl ile osób może Cię dzielić od rekrutera w mniejszej przestrzeni np. miasta, w którym mieszkasz od urodzenia, przeszedłeś całą ścieżkę edukacji i chcesz pracować?

Ustawienia prywatności na portalu społecznościowym to nie jest polski system podatkowy i większość ludzi jest w stanie je opanować bez popadania w obłęd. Włosy mi się na głowie jeżą kiedy widzę na profilu osoby, która wysłała do naszej firmy aplikację, zdjęcia z imprezy, której bym się nie powstydziła w najdzikszych studenckich czasach, czy pierwszą kupę dziecka zrobioną na nocnik. Kurde, jak chcesz się tym dzielić z ludźmi, to proszę bardzo, nie mój biznes, ale może nie publicznie?

Najlepiej, z mojego punktu widzenia, wypadają w takim sprawdzeniu, osoby o których ciężko coś znaleźć lub które nie mają udostępnionych zbyt dużo informacji.

Kamila z Treningu Kariery kiedyś opowiadała o kobiecie, z którą zetknęła się na drodze zawodowej. Kamila nie mogła zrozumieć dlaczego z takim doświadczeniem i umiejętnościami, nie może ona znaleźć pracy. Wujek Google szybko jej odpowiedział. Kiedy poprosiła kobietę o wyszukanie siebie w sieci owa pani podsumowała wyniki wyszukania jednym słowem. Tak, tym słowem, które ma tyle znaczeń w naszym pięknym języku.

Dawno temu, w czasach tak prehistorycznych, że serwis „nk” nazywał się Nasza klasa” i służył do utrzymywania kontaktów ze znajomymi ze starej szkoły, szef mój zatrudnił nowych asystentów. Ponieważ miałam ich przyuczać poprosiłam o ich CV żeby zobaczyć kto to. Oczywiście szybko wyszukałam ich konta i właśnie na Naszej klasie, znalazłam zdjęcie jednego z nich w rajtuzach. Hm.. ja rozumiem zabawa zabawą, ale ja nie powinnam mieć dostępu do takich zdjęć. Mina szefa gdy mu pokazałam zdjęcie owego chłopaka w rajtuzach – bezcenna. Od tamtej pory dostawałam do zweryfikowania aplikacje wszystkich osób, które chciał zaprosić na rozmowę 🙂

Innym razem do mojego działu miała przyjść do pracy nowa dziewczyna. Działo się to trochę później, w czasach, gdy w większości rozmów używało się zwrotu “jest taka strona na fejsie”. Sprawdziłam ową dziewczę i zapałałam do niej niezwykłą, platoniczną miłością. Strony, które lubiła pokrywały się z moimi upodobaniami niemal w 90%. Chociaż nie powinnam widzieć tych informacji, ale tym razem na fali rzewnego uczucia wybaczyłam. Pierwszego dnia jej pracy ustawiłam sobie na komputerze tapetę z ulubionym aktorem z jednego z oglądalnych przez nas seriali. Przyszła, zobaczyła, maślane oczy zrobiła. Lody były przełamane i znajomość zaowocowała przyjaźnią. Takie sytuacje należą do rzadkości. Częściej efektem wyszukania kogoś jest uprzedzenie do kandydata lub nawet skrajna niechęć, a tę ciężko zwalczyć.

Prowadząc bloga, udzielając się w Internecie świadomie rezygnuję z części swojej prywatności. Staram się jednak żeby była to ta cześć, którą chce upubliczniać. Regularnie sprawdzam co o mnie w sieci piszczy, i czy będę się miała z czego tłumaczyć jak mama to przeczyta. 🙂 Opinia mamy, obok potencjalnego pracodawcy, to dobry wyznacznik, jak nie wiesz czy coś opublikować publicznie czy prywatnie. Jak nie chcesz żeby, którekolwiek z nich zobaczyło jakieś zdjęcie to o to zadbaj. Pamiętając staropolskie przysłowie “w sieci nic nie ginie”.

Co prawda nasza sytuacja trochę się polepszyła od kiedy Wujek Google, za dobrą radą Cioci Unii Europejskiej, pozwolił nam wnioskować o usunięcie z wyników informacji o sobie, ale nie łudźmy się, Internet nie zapomina. Internet czeka na moment, gdy będziesz znanym politykiem i te informacje będą potrzebne Twoim oponentom. Albo kiedy Twoje nastoletnie dziecko postanowi sprawdzić czy rzeczywiście, tak jak mu wmawiasz, nie piłaś alkoholu do 25 roku życia, ani nie chodziłaś na te pogańskie dyskoteki gdzie odchodziły swawole. Niestety, jak słusznie prawił Paweł Tkaczyk na ostatnim infoshare, wisi nad nami „groźba nieśmiertelności„. Tylko w sieci oczywiście, ale to chyba gorsze.

A teraz dla zabawy wyszukajcie siebie w Google. Najlepiej za pomocą adresu e-mail, z którego wysyłacie CV. Znaleźliście coś ciekawego?