Kategorie
Blog

Prawdziwi mężczyźni żują pszczoły (i jedzą jogurty)

africa-21774Nie tak bardzo staropolskie przysłowie mówi, że prawdziwi mężczyźni nie jedzą miodu tylko żują pszczoły. Co robią, a czego nie robią prawdziwi mężczyźni można by wyliczać godzinami. Umieją rozpalić ognisko za pomocą samego spojrzenia, upolować niedźwiedzia jednym machnięciem ręki i zbudować dom z drewna bez użycia pół gwoździa, przeinstalować system, i inne takie sztuczki.

Oglądając telewizje można dowiedzieć się też innych rzeczy o bardziej współczesnym modelu prawdziwego mężczyzny:

Każdy prawdziwy mężczyzna je jogurty, ale tylko w czarnym opakowaniu. Powszechnie przecież wiadomo, że inne jogurty są babskie i ich jedzenie skutkuje zwężaniem się spodni do rurek i podniesieniem się brody nad czoło w postaci zawadiackiej grzywki.

Zjedzenie takiego babskiego jogurtu, który nie został zaopatrzony w wystarczająca męskie barwy, najlepiej maskujące tzw. moro, może wywołać nieodwracalne zmiany w układzie trawiennym prawdziwego mężczyzny. Może to skutkować nawet (O ZGROZO!) przejściem na wegetarianizm. Dlatego producenci jogurtów wychodząc na przeciw potrzebom prawdziwych mężczyzn stworzyli prawdziwie męskie jogurty, których skład i smak ni jak się ma do tych babskich jogurcików sprzedawanych w kolorowych opakowankach.

zombie-500829W swym dostrzeganiu geniuszu, jakim było dostrzeżenie zapotrzebowania na jogurty dla prawdziwych mężczyzn, producenci przeoczyli jeden istotny drobiazg – dobór smaków, które podejrzanie przypominają te tworzone dla kobiet. Gdzie jogurt o smaku boczku, schabowego i krwi byka?

Miejmy nadzieję, że już niedługo to strasznie niedopatrzenie zostanie nadrobione i prawdziwi mężczyźni będą mogli się ciszyć smakiem prawdziwej męskości 😉

Kategorie
Blog

Subiektywne podium blogowe – Share Week 2015

Andrzej Tucholski z JestKultura.pl po raz kolejny rozpoczął ogólnopolskie święto dzielenia się ciekawymi blogami pod nazwą Share Week. O całej inicjatywie możecie przeczytać Tutaj.

Czytuję sporo blogów, większość jednak okazjonalnie, gdy zainteresuje mnie temat, kilka jednak czytam niemal przy każdym wpisie. Wśród tych kilku, zgodnie z zasadami Share Week, wybrałam trzy, które przedstawię poniżej,( w kolejności alfabetycznej):

kotkowicz.pl – Krzysztof Kotkowicz (LANcaster) – Pisze rzadko, ale jak już coś napisze! Często porusza ciężkie, jak topór krasnoluda tematy, językiem, ostrym jak ostrze tego topora. Przy czym język używany przez niego nie jest sztuczny, jak to bywa przy okraszaniu wypowiedzi słowami powszechnie uznawanymi za nieparlamentarne. Jak LANcaster pisze, że masz się jebnąć się młotkiem, to nie po to żeby sobie poprzeklinać, a dlatego, że naprawdę powinieneś. Miałam przyjemność poznać go osobiście i jest jedną z najbardziej odpowiedzialnych społecznie osób jakie znam.

Mieszkanka Warszawy – Edie Maciejewska – Podobno uciekła z lasu by zamieszkać w Warszawie, z którą darzą się wzajemną miłością. Historie z tego związku opisywane na Facebooku, zaczęła oznaczać tagiem #mieszkankawarszawy, a ich popularność skłoniła ją do założenia bloga. Opisuje jak wygląda jej życie w stolicy z perspektywy kieszonkowego wzrostu. Odnoście wzrostu, to jest jedną z nielicznych osób, którym mogę spojrzeć w oczy nie narażając się na bóle karku. Perypetie Edie to zbiór sytuacji, które teoretycznie mogłyby się przydarzyć każdemu innemu, jakimś jednak cudem przydarzyły się jej, wszystkie i jeszcze kilka.

Qrkoko – Agata Garbowska – prowadzi bloga o kreatywnym stylu życia. Pojawiają się tam tematy związane z rękodziełem, którym się zajmuje i o życiu, w którym obecny jest częściowo anonimowy Przedmąż, a wszystko to pisane charakterystycznym językiem, podszytym humorem i szyderą. Nieważne czy pisze o chorobie, piciu kawy czy rękodziele, nieistotne czy temat Cię interesuje czy nie, teksty są napisane w taki sposób, że i tak je przeczytasz. Przy całym swym uroku jest złą kobietą, a rozmiar jej podłości sprawia, że Lucyfer powinien mówić do niej „Proszę Pani” (dowód).

Kategorie
Blog

Do czego ona nigdy się nie przyzna – czyli dlaczego naprawdę zaczęła nagle o siebie dbać

Poszukując motywacji do ćwiczeń, zadbania o siebie czy też, jak ja to nazywam, “wylaszczenia się” kobiety przeglądają kolorowe magazyny, śledzą strony internetowe z ćwiczeniami, blogi osób, które pokazują swoje przemiany lub wstępują do sekt typu: wyznawczynie Ewy Chodakowskiej czy fanatycy jogi albo biegania. Mój stosunek do tych ostatnich znacie (a jak nie to zapraszam do tekstu).

Co jednak skłania przedstawicielki płci naznaczonej cellulitem do poszukiwania własnej drogi do ukrytej w ich ciele laski? Co sprawia, że na ich kontach na Instagramie zamiast zdjęć deserów zaczynają królować zdjęcia kiełków, a zamiast lajkować kolejne strony w stylu „Prawdziwe kobiety mają krągłości” oddają swoje uniesione kciuki stronom głoszącym, że “żeby wyglądać jak foczka trzeba wpierw spocić się jak świnia”?

@majkarzadzi: Co sprawia, że na kontach kobiet na Instagramie nagle zamiast zdjęć deserów…

Click To Tweet

Nowy obiekt westchnień? NIE.

Zbliżający się ślub? Czasami.

Chęć potrzymania namiętności w związku? Miło by było…

Prawdziwych powodów motywacji do wylaszczenia się szukajcie poniżej:
Spotkanie z kimś, kogo się nie znosi

Nic tak nie motywuje kobiety do ogarnięcia swojej aparycji, jak szansa na spotkanie ze znienawidzoną znajomą. Może to być związane z nadchodzącą uroczystością rodzinną, na której spotka żonę kuzyna, której hobby polega na wbijaniu szpil wszystkim, którzy jej zdaniem są od niej gorsi albo, co jest nie do przyjęcia, lepsi. A może zbliża się spotkanie klasowe, na którym ma być ta pinda, z którą rywalizowała na każdym kroku począwszy od ocen, na krótkości mini kończąc. To nieważne. Gdy kobieta ma spotkać kogoś, kogo nie znosi, stroi się w barwy wojenne, które w jej wypadku stanowi przybranie jak najmniejszego rozmiaru, nowej fryzury i zapewne jeszcze nowszej sukienki.
Gdy ta brzydsza koleżanka wyładniała

Kobiety często dobierają się w duety, w którym jedna wiedzie prym pod względem urody i zainteresowania płci przeciwnej. Podobno ta mniej atrakcyjna podświadomie chce się wybić na urodzie tej ładniejszej, a ta hojniej obdarzona przez naturę szuka tła dla swych wdzięków. W ten sposób niby wspólnie się uzupełniają i mają większe szanse na podryw. Nic bardziej mylnego. Kobiety cieszą się większym zainteresowaniem, gdy ich punktacja jest na zbliżonym poziomie. To znaczy, że większe szanse, na znalezienie kogoś, kto odprowadzi je do domu ma siódemka imprezująca z szóstką, niż dziewiątka imprezująca z piątką. Panowie polujący na gazele wraz ze swymi skrzydłowymi prędzej się skuszą na rozpoczęcie znajomości z dwiema ładnymi dziewczynami niż z jedną bardzo ładną i drugą, której aparycja mniej przypadła im do gustu. Nigdy, bowiem nie wiadomo, komu przypadnie która z pań.

Wracając do tematu motywacji. Gdy koleżanka piątka okazuje się nagle, dziesiątką, która ukrywała się w źle dobranych ubraniach, makijażu i fryzurze, a co gorsza, gdy była “ładniejsza” dziewiątka spada do poziomu siódemki i wszelka uwaga skupia się na nowo narodzonej dyszce. To jest ból, którego była dziewiątka nie może przeżyć. O nie! Ona musi zostać jedenastką (mówimy oczywiście o dziesięciostopniowej skali).
Gdy ex znajduje sobie atrakcyjną dziewczynę

Wbrew pozorom motywacja do zadbania o siebie jaka pojawia się, gdy były partner znajduje sobie nową, ładną połówkę nie ma nic wspólnego z zazdrością. Niechęć kobiet do nowych partnerek byłych facetów wynika nie z faktu, że potajemnie darzą ich jeszcze uczuciem, a z faktu, że byli, w mniemaniu kobiet, nie powinni układać sobie życia po zerwaniu. Powinni całe życie żałować, że stracili taki ideał i wieźć żałosne życie polegające na wzdychaniu. Mogą ewentualnie zacząć nowy związek z kimś o kilka klas poniżej, kto jest okropny i brzydki, i do pięt nie dorasta tej jednej, idealnej, utraconej miłości. Takie podejście nie wynika z zawiści (no, może troszeczkę) jest sposobem z poradzeniem sobie z rozstaniem. Po żalach, łzach i tęsknocie po zerwaniu, kobieta dochodzi do etapu, w których pojawia się złość, a zaraz potem ten stan pogodzenia się z rozstaniem i myśl, że bez tego dupka, będzie jej lepiej. Jednocześnie w jej umyśle rodzi się wizja byłego, jako faceta, który nie zasługiwał na nią i jeszcze będzie żałować, że się bardziej nie starał. Do takiego obrazu nijak nie pasuje nowa atrakcyjna wybranka. Gdy ich wspólne radosne zdjęcie zaatakuje kobietę znienacka na Facebooku, to działa niby strzał wstrząsający każdym gramem ponadprogramowego tłuszczu w jej ciele. I wtedy pojawia się ta myśl “ja mu jeszcze pokażę!”.

Bez względu na to jak szlachetna motywacja przyświeca kobiecie w wylaszczaniu się – warto! Chociażby po to, aby pokazać tej jednej osobie na co Cię stać. Tej jednej osobie… w lustrze.

Kategorie
Blog

Jak zwracać uwagę na błędy i przyjmować uwagi, by nie wyjść na buca

Dziś drażliwy temat dotyczący zwracania uwagi na błędy.

Czasem widzimy albo słyszymy jak nasz znajomy lub ulubiony bloger (w Waszym wypadku blogerka;) ) popełnia kompromitujące błędy, czy to ortograficzne, czy gramatyczne, czy jakiekolwiek inne. Co w takiej sytuacji robić?

Odruchowo chcemy poprawić taką osobę, ale czy jest to słuszne działanie?

Tak.

Sztuką jest jednak zrobić to w taki sposób, żeby nie wyjść na Grammar Nazi lub zwykłego buca.
Zwracanie uwagi w trakcie rozmowy

Jeżeli miało to miejsce w rozmowie, to co do zasady lepiej drugiej osoby nie poprawiać, zwłaszcza gdy w rozmowie uczestniczy więcej osób. Można to zrobić ewentualnie później w cztery oczy, ale to zależy od stopnia zażyłości pomiędzy danymi osobami. Gdy nasza znajomość jest na najwyższym stopniu przyjaźni – tym gdzie wyzwiska są oznaką czułości i wzajemnej sympatii – możemy zwrócić uwagę. Zwłaszcza, gdy zrobimy to w subtelny sposób, używając pełnych miłości słów w stylu: „Przynajmniej to nie to samo, co bynajmniej ty tępa dzido!”.

„Przynajmniej to nie to samo, co bynajmniej ty tępa dzido!”

Click To Tweet

W mniej zażyłych układach zwracanie uwagi w rozmowie, nieważne jak delikatną formę przyjmie, sprawi, że wyjdziesz na mądralę w stylu Rossa z „Przyjaciół” (dla młodszych czytelników: w stylu Teda z „Jak poznałem wasza matkę”).
Błędy w tekstach pisanych

Co z teksami pisanymi?

W rozmowie prywatnej obowiązują te same zasady, co w rozmowie twarzą w twarz. Jednak w publicznych wpisach sprawa ma się inaczej. Gdy ktoś kompromituje się wpisem (czyli popełnił błąd, który wywołuje facepalm u przeciętnego czytelnika, a nie, gdy zrobił drobną literówkę lub pogubił się interpunkcji), a stopień znajomości jest bliski, możemy zwrócić uwagę w PRYWATNEJ wiadomości. Wytykanie błędów w komentarzach pod tekstem, czy to na Facebooku, czy na blogu, jest jak machanie przed ludźmi flaga z napisem „Jam Ci ortograficzny buc!”. Nie zawsze mamy jednak możliwość napisania do danej osoby, wtedy piszemy publicznie. Najlepiej zrobić to w zabawny sposób, ale trzeba mieć pewność, że popełniający błędy ma poczucie humoru, i że nie kończy się ono na jego znajomości słownika. Gdy nie jesteśmy tego pewni, odpuśćmy.

Jeżeli uznaliśmy, że błąd jest na tyle duży, że nie możemy patrzeć jak ktoś, kogo darzymy sympatią się ośmiesza (bo to powinna być motywacją przy zwracaniu uwagi na błąd – chęć ochrony kogoś przed wstydem, a nie podreperowanie naszego ego), to piszemy do tej osoby wiadomość. W przypadku zażyłości na poziomie „tępych dzid” nie ma problemu, piszemy wprost i problem z głowy. Gdy poziom znajomości nie pozwala na użycie pełnej uczuć wrzuty, która osłodzi ból związany z wytknięciem błędu, treść wiadomości powinna być prosta i swobodna: „Hej, masz mały, błąd w tekście, pisze się tak, a nie tak. Popraw, zanim hieny rzucą się na Ciebie w komentarzach.”.

Nie wysyłamy linków do słownika języka polskiego, nie kopiujemy treści wykładu na ten temat znanego profesora, nie podsyłamy artykułu szydzącego z takich błędów.
A gdy nam wytkną błąd?

Oczywiście reakcje na zwrócenie uwagi mogą być różne. Ktoś może się obrazić, zacząć debatować itd., Jeżeli reakcja będzie negatywna, lepiej się wycofać i olać wszelkie kolejne błędy. Nieważne jakby żenujące były.

Jakie jest w takim razie właściwe zachowanie, gdy ktoś nam zwrócił uwagę?

bledyJeżeli zrobił to zgodnie z powyższymi zasadami w wiadomości prywatnej, to po prostu podziękujmy i poprawmy błąd. Gdy ktoś zrobił to w publicznie lub w bucowaty sposób, to po prostu podziękujmy i poprawmy błąd. A jak ktoś zrobił to w szyderczy sposób, ośmieszający nas bardziej niż sama pomyłka? Po prostu podziękujmy i poprawmy błąd. To jedyna słuszna reakcja. Nie próbujmy bronić się tekstami „piszę z telefonu” czy „moja klawiatura nie ma polskich znaków”. Głupio jest popełniać błędy, ale jeszcze głupiej nie umieć się do nich przyznać i poprawić.

Nie da się ukryć, że błędy mi się zdarzają. Niestety niektóre z nich trafiają tutaj. Najczęściej są to głupie literówki wynikające z tego, że najbardziej lubię pisać pod wpływem chwili. Pomysły na teksty zbieram i kolekcjonuje wcześniej, ale treść często powstaje tuż przed opublikowaniem – na żywca. Dzięki temu czuję, że są świeże i oddają emocje, które wywołuje we mnie opisywany temat. Po za tym moja klawiatura nie ma polskich znaków 😀 Co jakiś czas wracam do starych tekstów i przeglądam, czy gdzieś nie schował się jakiś błąd, a czasem dostaję sygnał od kogoś znajomego, że coś wypatrzył. W takich wypadkach dziękuję i poprawiam:)

Kategorie
Blog

Jak rozpoznać „informatyka” – praktyczny poradnik

informatykW polskim języku pod pojęciem „informatyk” rozumie się każdą osobę, która posiada wiedzę na temat obsługi komputera powyżej przeciętnej, czyli potrafi zmienić tapetę na pulpicie i to Windows 8 (hakjer je@#$ny!).

To, że informatyk, informatykowi nierówny wyjaśniałam przy okazji tekstu „Nie proś znajomego informatyka o zmianę tapety”. W powszechnej świadomości jednak każdy, kto pracuje z komputerem to informatyk, i umie wszystko od przeinstalowania Windowsa (tego uczą na pierwszej lekcji na politechnice), po bardziej zaawansowane technicznie rzeczy jak rozwiązywanie problemów pokroju: „Zgubiłem plik – znajdź go. Zapisałem go, ale kot wszedł na klawiaturę i nie wiem gdzie.” (lekcja druga).

Ze względu na swoje niemal boskie umiejętności informatycy są rozchwytywani przez znajomych. Niektórzy niczym super bohaterowie starają się pozostać w ukryciu by ich nadnaturalne moce nie były wykorzystywane w złych celach. Jak głoszą mądre stereotypy takiego informatyka można rozpoznać po wyglądzie, wystarczy wrócić uwagę na kilka szczegółów. Skrupulatne obserwacje przeprowadzone przeze mnie ostatnio na infoShare wykazały ponad wszelką wątpliwości, że:

Informatyk jest mężczyzną. Albo kobietą. Albo kotem.
Informatycy noszą T-shirty ze śmiesznymi napisami (które rozumieją tylko inni informatycy). Albo z rysunkami. Albo koszule w kratkę. Albo w paski. Albo noszą swetry.
Informatycy mają wielkie zaniedbane brody, które przycinają tylko jak przez przypadek zobaczą swoje odbicie w monitorze. Albo odpicowane brody. Albo tylko dziewicze wąsy. Albo nie mają zarostu.
Informatycy noszą okulary (bo mają wzrok popsuty od gapienia się w te komputry). Albo soczewki. Albo mają sokoli wzrok i nie potrzebują żadnej pomocy.
Informatycy mają długie włosy związane w niedbały kucyk. Albo mają krótkie włosy. Albo nie mają ich wcale. O zgrozo, są też rudzi informatycy!
Informatycy noszą trampki. Albo inne sportowe buty. Albo sandały (no, dobra z tymi sandałami to trochę przegięłam).
Informatycy są otyli (to od jedzenie przed tymi komputrami). Albo są przeraźliwie chudzi (to od gapienia się w te komputry nie mają czasu jeść).

Teraz, gdy już wiecie jak rozpoznać informatyka ukrywającego się w Waszym towarzystwie możecie iść do niego i opowiedzieć, jaki śmieszny dźwięk wydaje Wasza drukarka, albo jak to sąsiad kradnie Wam prąd z odkurzacza przez Wi-Fi. Zdemaskowany informatyk może twierdzić, że on się na tym nie zna, ale Wy nie dajcie się nabrać. Jak coś ma w sobie prąd to jest to działka informatyka i zgodnie ze składaną przez nich „Przysięgą E-Hipokratesa” powinien Wam to naprawić!

Kategorie
Blog

Parytety też ssą

parytetyKiedyś dzieliłam się z Wami moimi przemyśleniami dotyczącymi równouprawnienia, w tekście o wiele mówiącym tytule „Równouprawnienie ssie„. Dziś temat podobny: o parytetach.

Dla ludzi żyjących w nieświadomości: parytety to taki wynalazek, który ma prowadzić do zrównania szans różnych grup, w tym płci. Przynajmniej w tym znaczeniu, o którym chcę dziś pisać, bo parytet może też oznaczać m.in. zawartość czystego złota w jednostce stanowiąca podstawę kursu. (Tym ostatnim zdaniem wypełniłam misję edukacyjną bloga i mogę swobodnie przejść do narzekania na parytety)

Dlaczego tak mnie denerwują parytety w kontekście płci?

Bo odnoszą odwrotny skutek niż powinny tj. zamiast pomagać i zrównywać sytuację kobiet i mężczyzn, szkodzą kobietom. To oczywiście moje subiektywne zdanie i możecie się z nim zgadzać lub nie (od tego są komentarze).

O parytetach zrobiło się głośno w kontekście list kandydatów, kiedy to “mądre głowy” wydumały, że świetnym pomysłem będzie wymuszenie, aby na listach wyborczych była odpowiednia ilość kobiet. Zgodnie z taką wytyczną tworząc listę kandydatów dana grupa musi umieścić na niej pewną ilość przedstawicieli każdej płci. W sytuacji, gdy waha się pomiędzy kandydatami różnych płci, ale brakuje jej jednej pary piersi na liście musi wybrać kobietę, bez względu na to, kto ma wyższe kompetencje. W teorii parytety dotyczą obu płci, ale dobrze wiemy, że zostały wprowadzone po to, aby zwiększyć czynny udział kobiet w wyborach. Niby nic w tym złego, ale sytuacja, gdy płeć jest ważniejsza niż kompetencje danej osoby budzi mój sprzeciw.

Janusz Korwin-Mikke, który niedawno boleśnie przekonał się, że dla wyborców ważniejsza jest umiejętność śpiewania niż grania w brydża, uważa, że w interesie kobiet jest, aby nie miały czynnego prawa wyborczego, bo nie głosują na inne kobiety (link do tekstu). o_O

Taaak, bo głosowanie na kobiety tylko, dlatego, że są kobietami świadczy o świadomości politycznej kobiety… (to była ironia).

Odejdźmy jednak od okropnej polityki i przyjrzyjmy się bardziej prozaicznym przykładom jak parytety w pracy. Taki sektor IT, który w powszechnej świadomości jest tak bardzo męski, że do klasyki przeszedł dowcip o kobiecie Informatyku.

Dlaczego kobieta informatyk jest jak świnka morska?

Bo ani świnka, ani morska.

Wyobraźcie sobie sytuację, w której w firmie zatrudniającej programistów postanowiono zatrudniać więcej kobiet klepiących kod. Może żeby panowie częściej się myli, a może żeby przestali oglądać porno w pracy, a może ktoś z zarządu obejrzał „Halt and Catch Fire” i marzy o poznaniu własnej Cameron Howe. Kto wie?

Żeby wdrożyć genialny pomysł, który budził spory opór, wśród pracowników, postanowiono w trakcie rekrutacji przyznawać dodatkowe punkty za fakt bycia kobietą, co jak wiadomo jest ważniejsze niż kompetencje w dziedzinie klepania kodu. Na ogłoszenie o pracę opowiedziało kilkanaście osób, w tym całe dwie kobiety. Z racji przyjętej strategii na trzy oferowane miejsca zatrudniono obie panie i, z braku innej opcji, pana. Pech chciał, że umiejętności jednej z pań wyraźnie odstawały od reszty pracowników, że już o kontrkandydatach nie wspomnę. Druga dawała radę, ale wśród nieprzyjętych znalazłoby się kilku lepszych od niej.

Teraz wyobraźmy sobie, jaki wpływ na stereotypowy obraz kobiety programistki, który w głowach mieli pracujący w firmie chłopcy od oglądania porno, miało zatrudnienie tych dwóch pań. Raczej się nie poprawił, bo wpychanie na siłę kobiet tam gdzie jest ich mniej nie pomaga tym, które chcą zaistnieć w danym środowisku swoimi kompetencjami. Kolejna przedstawicielka niebrodatej płci, która jako najlepsza kandydatka dostanie się do pracy w tej firmie będzie miała pod górkę, bo będzie oceniania przez pryzmat tych dwóch wcześniej przyjętych, które umiejętnościami odbiegały od innych.

Tak będzie w każdym zawodzie, w każdej branży. Jeżeli na siłę będzie się promować daną płeć to wyjdzie jej to na złe. Ciągłe podkreślanie, że kobieta może być w czymś równie dobra jak mężczyzna, jako argument za parytetami jest jakimś absurdem. Skoro są tak samo dobre to nie potrzebują dodatkowych punktów za fakt noszenia stanika. Tak samo jak twierdzenie, że parytety mają pomóc zmienić sposób myślenia o kobietach w pewnych zawodach. Przeczytaj powyższy przykład (nie całkiem zmyślony) i zastanów się czy w tamtej firmie zmienił się na lepsze dla kobiet?

Kategorie
Blog

Prawdziwe znaczenia kulinarnych pojęć, których nikt Ci nie wyjawił

Gotowanie trudną sztuką jest.

W sztuce tej długo pozostawałam na poziomie: robienia kanapek i zalewania zupek instant wodą. A i to nie zawsze wyszło. Nie żebym garnęła się do nauki gotowania, skoro można było w tym czasie udając, że się uczysz pograć w Farmville. W końcu jednak przyszła na mnie pora i zaczęłam eksperymentować na Pysiu i jakoś to poszło, Teraz uwielbiam gotować, zwłaszcza wymyślać coś z niczego.

Laicy w temacie gotowania są często pozostawianie sami sobie i szukają porad w Internecie. A tam jest wszystko. Niestety wszystko oznacza również kotleciki z kostek rosołowych:

kotleciki

Nawet gdy padawan sztuki gotowania trafi na sensowną recepturę to spotyka się z szyfrowaniem jej za pomocą niezrozumiałych słów.

Poniżej wyjaśnienie kilku z nich (bonusowo definicja sushi)
Przechodzenie/Przegryzanie

Przechodzenie, przegryzanie – tajemniczy proces z pogranicza chemii i magii. Polega na odstawieniu gotowej potrawy (najczęściej tradycyjnej, warzywnej sałatki przygotowanej w balii do prania na Święta) na jakiś czas na bok i poczekaniu, aż jej smak z nijakiego zmianie się w jakiś. Nikt nie wie jak to działa, ale działa.
Przegryzanie – tajemniczy proces z pogranicza chemii i magii.

Click To Tweet
Marynowanie

Marynowanie – coś jak przechodzenie, ale stosuje się przed przygotowaniem potrawy np. takie mięso smakuje lepiej, jeżeli przed jego przyrządzeniem zostanie zamarynowane, czyli nasmarowane, wytarte lub zalane konkretnymi składnikami i miksturami.
Blanszowanie

Blanszowanie – hipsterskie gotowanie warzyw. Polega na zanurzeniu ich we wrzątku (względnie wystawieniu na działanie pary) na kilka chwil, a następnie szybkim ochłodzeniu. Podobno zdrowsze od zwykłego gotowania, bo nie wypłukuje witamin. Nie wiem czy to prawda, ale zblanszowane warzywa wyglądają ładniej niż ugotowane, co jest ważne przy robieniu zdjęć posiłków przed wrzuceniem na Instagram, stąd moda na blanszowanie wśród hipsterów.
Na oko

Na oko – najmniej precyzyjna na świecie jednostka miary, którą wykańcza mnie moja mama, gdy dzwonię do niej żeby się zapytać jak robi jedną z moich ulubionychkitchen-scale-532651 potraw. Może oznaczać łyżeczkę, pół kubka, albo dwa kilo.
Do smaku

Do smaku – jednostka przypraw, która oznacza dodanie danego specyfiku “na oko”.
Fusion kitchen

Fusion kitchen – to taki rodzaj kuchni, w sensie styl nie pomieszczenie czy urządzenie, który polega na mieszaniu różnych stylów np., kiedy jesz na obiad pierogi z kapustą i grzybami i podajesz do tego caprese, albo jak robisz spaghetti z parówką.
Sushi

Sushi – potrawa wywodząca się z Japonii. Kawałek surowej ryby z zawiniętej w ryż i zielonego glona. Może nie być zawinięte w glona, może też nie zawierać ryżu, a ryba może nie być surowa, może w tym w ogóle nie być ryby i wszystko może być podgrzane. Nie mylić z tortillą, która co prawda też jest zawijana, ale w przeciwieństwie to sushi, co do zasady nie zawiera glonów, ryżu, ani surowej ryby. Czyli w sumie może wyglądać jak sushi. Najłatwiej tortille odróżnić od sushi po tym, że sushi da się w całości włożyć do buzi, a tortilli nie. I sushi jest droższe.
Najłatwiej tortille odróżnić od sushi po tym, że sushi da się w całości włożyć do buzi,…

Click To Tweet

Na dziś to tyle, jeżeli znacie jakieś inne zwroty, których zrozumienie może sprawiać trudność – podeślijcie. Wyjaśnię następnym razem.

Kategorie
Blog

Gry małżeńskie

gry małżeńskieStały związek, a zwłaszcza małżeństwo, kojarzy się wielu osobom ze stagnacją i nudą. Mi bynajmniej nie, ale ja mam za męża Pysia – człowieka, z którym zakupy w warzywniaku to zabawa. Dla tych z Was, którzy nie potrafią wykrzesać „funu” z takich prozaicznych czynności jak codzienne zakupy czy sprzątanie, proponuję kilka gier. Być może już w nie graliście nie zdając sobie z tego sprawy:
Znajdź je wszystkie

Klasyczna gra domowa, która posiada wiele wariantów. Jak sama nazwa wskazuje polega na znajdywaniu przedmiotów z jednego rodzaju np. skarpetek, zwykle brudnych. Atrakcyjność gry zależy od pomysłowości graczy. Im ciekawsze miejsce ukrycia przedmiotu, tym ciekawsza gra. Runda gry w wersji skarpetkowej trwa od prania do prania i polega na wyszukiwaniu skarpet w różnych miejscach domu i wrzucaniu do kosza na pranie. Możliwe miejsca ukrycia to: łazienka, pod łóżkiem w sypialni, pod kanapą w salonie, czy biurkiem. Nie krępujcie się w wymyślaniu coraz bardziej zaskakujących miejsc. Z doświadczenia wiem, że najmniej prawdopodobne jest znalezienie skarpetek w koszu. Przegrywa osoba, która znajdzie zabłąkane brudne skarpetki tuż po wstawieniu prania.

Jeżeli zabawa brudnymi skarpetkami Was odrzuca, możecie je wymienić na kubki lub szklanki. W takim wypadku rundy trwają pomiędzy jednym myciem naczyń, a drugim. Ciekawa jest też wersja z rachunkami, które można ukrywać w takich miejscach jak torebka, schowek w samochodzie, szuflada czy inne miejsca rozrzucone w przestrzeni domowej.

Gra nabierze tempa, gdy nową rundę poszukiwania rozpoczniemy tuż przed wyczerpaniem się czystych skarpet, kubków, czy upływem terminu płatności rachunków.
Ciepło-zimno

Odmiana klasycznej dziecięcej zabawy. Polega na „chowaniu” przedmiotów najczęściej używanych przez tę drugą osobę. Przedmioty zabawy nie mogą być wybierane przypadkowo, bo inaczej gra zamienia się w zwykłe sprzątanie. Należy wybierać istotne rzeczy, które znajdują się w nietypowych dla siebie miejscach np. młotek lub miarka znajdujące się na stole w jadalni, które leżą tam od dwóch dni po przywieszeniu obrazka, albo lakier do paznokci od kilku dni walający się po kuchni.

Gdy ustalimy już jakie przedmioty mogą brać udział w grze trzeba przemyśleć, gdzie je chować. Warto wybierać miejsca najmniej prawdopodobnie np. miarkę ukryć w skrzynce z narzędziami, w której zawsze jest trzymana, a lakier postawić w łazience obok innych. Najzabawniej jest „chować” je zawsze w to samo miejsce. Jeżeli myślicie, że to ułatwi zadanie poszukiwaczowi, to się srogo mylicie. I tak zanim zajrzy do skrzynki przyjdzie do Was zapytać gdzie jest jego miarka, bo przecież pamięta, jak zostawił ją tydzień temu na stole, a teraz zniknęła! Oczywiście nie możecie na takie bezsensowne pytania odpowiadać wprost, bo to popsułoby całą zabawę. Można używać tylko podpowiedzi w stylu „A jak myślisz?” lub „Gdzie zwykle ją trzymasz?”.
Parzy!

Gra jest przeciwieństwem zabaw „Znjadź je wszytskie” i „Ciepło-zimno”. Polega na nie dotykaniu rzeczy należących do drugiej osoby i uznaniu, że „parzą”. Znajdujesz brudne skarpetki na środku salonu? Nie ruszaj – parzy! W kuchni pojawiła się kolejna buteleczka lakieru do paznokci, w odcieniu różu? Nie ruszaj – parzy! Blat biurka jest ledwo widoczny spod kubków z fusami od kawy i herbaty? Nie ruszaj – parzy!

Gra ma dwa warianty. Pierwszy wariant jest przeznaczony dla osób niecierpliwych i zakłada wskazywanie przedmiotów i poprzez marudzenie wymuszanie akcji na współgraczu. Drugi wariant jest stworzony dla cichych osób i zakłada wymowne milczenie i ignorowanie parzących rzeczy, aż drugi zawodnik zareaguje i przeniesie toksyczne dla nas przedmioty. W każdym wariancie przegrywa ten, kto gdy dotknie parzących rzeczy.

Osobiście preferuję dwie pierwsze gry, chociaż zdarza mi się grać też w trzecią, w wariancie cichym. Wam polecam zabawę w te gry, które pasują do Waszego charakteru i związku. Ostrzegam jednak, że granie w powyższe gry z włączonym trybem „zołzy” lub „buca” grożą wystąpieniem błędów w postaci „awantury” lub w przypadkach skrajnych – „rozwodu”.

Jeżeli znacie inne ciekawe gry to zachęcam do pozostawienia instrukcji w komentarzach.

Kategorie
Blog

Jak prawidłowo mieć kota – czyli krótkie historie z morałem o Marku co nie lubi zwierząt i o Esiu co chciał mieć szakala

KotW życiu każdego człowieka albo Esia nadchodzi czas na to, żeby mieć zwierzaka. To podobno nazywa się stabilna sytuacja finansowa i w ogóle dorosłość. Niestety nawet mnie doparła dorosłość, wszakże za niecałe trzy miesiące mój wiek będzie zapisywany liczbą zaczynającą się od trzy, co oznacza starość… Tak więc razem z Anią postanowiliśmy, że do naszego domu zawita zwierzak.
Tutaj stajemy przed pierwszym problemem, musimy wybrać zwierzaka. Można to zrobić tak jak mój kolega Mark, którego chciałbym pozdrowić, ale tego nie zrobię bo i tak nie zna polskiego, a po jego reakcji na informację o ilości form słowa “dwa” nie sądzę, żeby szybko się nauczył. Jeżeli tak jak Marka wkurzają Cię ptaki, przylatujące i drące ryja w Twoim ogródku, to kupujesz kota, żeby je odstraszał. Następnie kupujesz psa, żeby straszył kota, który miauczy i Cię denerwuje. Okazuje się jednak, że pies szczeka, co jest nawet gorsze, dlatego kupujesz papugę, potem jeszcze gekona, drugiego psa. Do tego zanim się spostrzeżesz z Twojego kota, który miał być prawdziwym killerem ptaków na i samcem alfa, wypadają małe kotki. W gratisie dostajesz gniazdo ptaków prawem chronionych na drzewie w ogródku. A to wszystko na skromnych 400 metrach kwadratowych… Jak żyć?
Możesz także wybrać zwierzaka takiego jak ja. Zawsze chciałem mieć lwa, tygrysa, pandę, krokodyla albo szakala. Niestety – posiadanie któregokolwiek z tych zwierząt jest podobno strasznie nielegalne, ale od czego jest ideologia gender! Możesz po prostu kupić kota, który myśli, że jest szakalem! Mi właśnie tak się poszczęściło.
Kupiłem kota, który myśli, że jest szakalem. Skąd taki wniosek? Po pierwsze i najważniejsze – koteł po prostu to zachowuje się jak szakal i tak jak każdy szanujący się szakal skacze na lodówkę, aby obserwować swoje ofiary, a pochłonięcie padliny zajmuje mu jakieś 30 sekund. Nie wiem, czy szakale bawią się godzinę robakami i resztą ofiar przed ich zjedzeniem, ale zakładam, że tak – tak przynajmniej wnoszę po zachowaniu mojego prywatnego szakala. Posiadanie szakala w domu wymaga też pewnych wyrzeczeń – Twoje nogi już nigdy nie będą mogły wystawać spod kołdry, szczególnie sytuacjach, w których żaden szanujący się mężczyzna nie powinien nosić skarpet, a jeżeli kiedyś będą wystawać, to szybko przestaną (nie tylko wystawać, ale po prostu istnieć). Konieczność kupowania jedzenia w cenie 40 zeta za kilogram też może być wadą, ale to jednak wynika z tego, że to cały czas w niewielkiej części jest koteł, więc wybrzydza trochę przy jedzeniu.
Odnośnie kotowatości szakala, to trzeba przy okazji powiedzieć, że jest on słodki i puchaty, robi purr purr, a czasami po prostu drze ryja, na szczęście robi to tylko w trzech przypadkach – gdy jest głodny, kiedy trzeba wyczyścić kuwetę albo bez powodu, więc można się przyzwyczaić. Poza tym jest fajnym zwierzakiem, które lubi się tulić do swoich człowieków 🙂
Podsumowując – jeżeli chcesz szakala, a nie możesz go mieć, bo podobno jest niebezpieczny, ma silne szczęki i zęby ostre jak igły, to już nie musisz się martwić. Kupujesz koteła, który myśli, że jest szakalem, tudzież szakala w ciele kota. Nie musisz go rejestrować, bo jacyś amatorzy twierdzą, że tylko pitbulle są niebezpieczne (nie mogę sobie wyobrazić bo by zostało z pitbulla po spotkaniu z szakalem, ale spoko, ustawodawca wie lepiej). Jak ktoś będzie miał problem, to zawsze możesz mu powiedzieć, że to tylko kot i poczekać, aż się odwróci. :>
Ogólnie to polecam szakala, fajny zwierzak dla Ciebie i Twojej rodziny. Daję 10/10 oraz platynową gwiazdkę jakości.
esio

Zdjęcie kota pochodzi z prywatnych zbiorów Esia. Więcej zdjeć szakala możecie podziwiać na jego fanpage’u : Chandler The Cat . (Tak, kot Esia ma swój fanpage.)

Kategorie
Blog

Proste triki, które ułatwią oszczędzanie na zakupach

oszczędzanieŻeby pławić się w sushi i mleczku kokosowym trzeba mieć pieniądze. Te z niewiadomowych przyczyn nie spadają z nieba. Nie każdy też może kopiąc w ogródku trafić na złoty pociąg. Trzeba więc imać się innych sposobów, takich jak zarabianie większych pieniędzy (W sensie większej ilości, a nie o większym rozmiarze. Chociaż zarabianie tych o większym rozmiarze łączy się z tym, że ich wartość jest większa.) lub oszczędzanie. Kiedyś pisałam już, jak zmniejszyć wydatki na ubrania, dziś chcę się z Wami podzielić kilkoma radami, jak wydawać mniej pieniędzy na co dziennych zakupach.
Rób listę

Żaden tego typu poradnik nie może obyć się bez tej rady. Robienie listy uchroni od kupowania zbędnych rzeczy i pozwoli sprawnie przejść przez sklep. Ważne jednak żeby listę robić na bieżąco, a nie tuż przed wyjściem na zakupy. Dzięki temu większe szanse, że nie zapomnisz o produktach pierwszej potrzeby.

Kończy się sól w domu? Dopisz na listę. Wieszasz ostatnią rolkę papieru? Wpisz na listę. Taka lista musi być łatwo dostępna. Dla tradycjonalistów może wisieć na lodówce. Dla bardziej nowoczesnych lepsza będzie specjalna aplikacja, najlepiej współdzielona przez domowników.

Listę robioną na bieżąco warto segregować według sklepowych działów (nabiał, chemia itd.) Skróci to czas zakupów i zapobiegnie bezcelowemu bieganiu. W dobrej aplikacji można wybrać sposób segregowania listy. W przypadku listy tradycyjnej wystarczy przepisać ją na czysto przed zakupami.
Nie trzymaj się sztywno listy

Tak, dobrze przeczytaliście. Nie zawsze warto trzymać się listy, ale nie oznacza to, że należy kupować wszystko na co mamy ochotę. Odstępstwa od zaplanowanych zakupów powinno się robić tylko dla produktów używanych na co dzień, gdy ich cena jest okazyjna. Przez okazyjną rozumiem obniżkę o dziesięć i więcej procent. Nie warto kupować zgrzewki cukru żeby zaoszczędzić 10 groszy. Ustępstwa są dopuszczalne tylko na rzecz produktów pierwszej potrzeby, jak właśnie cukier, masło, olej, proszek do prania itp. Produktami takimi nie są chipsy, żelki i inne przekąski. Nie ważne, jak bardzo byśmy chcieli, nie są i już!

Zbyt sztywne trzymanie się listy może skutkować tym, że przepłacimy, gdy przyjdzie czas uzupełnić zapasy danego produktu. Gdzie jest oszczędność, gdy nie kupimy płynu do płukania, którego zawsze używam, gdy kosztuje 5 złotych taniej, tylko dlatego że nie ma go na liście?
Wystrzegaj się zdradzieckich wysp

Przy korzystaniu z promocji trzeba unikać tzw. wysp, czyli produktów wystawionych w sklepie na środku lub na początku alejki. Najczęściej są one przyozdobione wielkimi napisami informującymi o okazyjnej cenie produktu zgromadzonego na wyspie. W takim wypadku zawsze warto porównać cenę tego produktu z innymi na regale, bo może się okazać, że okazyjna cena jest niższa od zwykłej, ale wyższa od ceny tych samych produktów innych producentów.
Porównuj ceny

Niby takie oczywiste, ale nie wszyscy wiedzą, jak to robić. Zawsze warto sprawdzać ceny produktów innych producentów, porównując jednocześnie ich wielkość (objętość, wagę, ilość sztuk). Jeżeli np. porównamy ceny wody mineralnej za butelkę tańsza może wydawać się jedna marka, a gdy porównamy ceny za litr inna. Przy porównywaniu wielkości trzeba brać pod uwagę sposób korzystania z danych rzeczy np. serwetki. Nie ważne czy kupisz opakowanie 30 małych czy 30 większych, i tak zużyjesz ich tyle samo, bo zwykle używa się jednej sztuki na raz. Zapraszając gości nie powiesz im przecież żeby rwali serwetki na pół, bo kupiłeś większe (nie powiesz, prawda?). W takim wypadku lepiej kupić 30 mniejszych, które są tańsze chociaż opakowanie tych większych jest niewiele droższe.
Kupuj tylko tyle, ile jesteś w stanie zużyć

Jeżeli jesz jeden jogurt dziennie to kupno kilkunastu jogurtów za pół ceny, z kilkudniową datą ważności nie jest oszczędnością, a wręcz wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

Pyś ostatnio pije kawę ze śmietanką i to taką konkretną, bo 30% lub 36%. Ot, burżuj jeden. Jeżeli kupujemy śmietankę, tylko do kawy to wbrew pozorom bardziej opłaca nam się kupować dwa małe opakowania, chociaż po przeliczeniu ceny za litr wychodzą drożej niż jedno duże opakowanie, ale dużego nie zużyjemy. Większe opakowanie kupujemy więc, tylko jeżeli śmietanka ma być użyta do jakiegoś dania, jak sos do makaronu czy ciasto. Pyś oczywiście deklaruje, że gdyby śmietanka miała się zepsuć to on bardzo chętnie ją wypije, ale nie o to chodzi.
Zapamiętuj ceny

Warto znać ceny najczęściej kupowanych produktów w poszczególnych sklepach i porównywać je. W przypadku dużych hipermarketów ceny cechują się większą zmiennością, ale w przypadku dyskontów przez pewien czas utrzymują się na podobnym poziomie. Z tego powodu warto wiedzieć, w którym z odwiedzanych sklepów jest najtańsze masło, a w którym pomidory w puszce, i kupować je przy okazji robienia zakupów w danym miejscu. Informacje o tym gdzie można poszczególny produkt kupić najtaniej należy weryfikować, bo dany produkt można raz kupić taniej w jednym sklepie, a parę dni później w innym.
Przeliczaj koszty dojazdu

Szyneczka na drugim końcu miasta jest 99 groszy tańsza za kilogram niż w osiedlowym sklepiku? Koniecznie musisz tam pędzić. Co z tego, że na paliwo/bilet wydasz kilka złotych skoro na tej szalonej ilości 10 plasterków, które planujesz kupić oszczędzisz kilka groszy! Co innego, gdy wybrany sklep masz po drodze. Pamiętaj jednak, że sklepy organizując promocję cenową konkretnego produktu chcą do siebie zwabić klientów, którzy będąc na miejscu kupią też inne produkty, których cena może być wyższa niż w sklepie, w którym zwykle się zaopatrują. Sklep w takim wypadku wyjdzie na swoje, a Wy?

Mam nadzieję, że tych kilka prostych rad pomoże Wam zaoszczędzić parę złotych na zakupach, co w skali roku może przełożyć się na ośmiorniczkę albo dwie 😉

Kategorie
Blog

WHY GOD, WHY??!!! – czyli jak przeżyć 30 urodziny

30 urodzinyJest taki odcinek „Przyjaciół”, w którym Rachel obchodzi 30 urodziny i nie znosi tego zbyt dobrze. Pokazują w nim jak każdy z bohaterów poradził sobie z tą chwilą. To niby tylko kolejne urodziny, ale jakoś “ta zmiana kodu na 3 z przodu” jest znamienna. Jako że dopadło to i mnie, od kilku miesięcy odczuwam skutki stanu niepokojąco przypominającego kryzys wieku średniego. Jak tak dalej pójdzie to uda mi się przejść wszystkie sposoby przedstawiane w “Przyjaciołach” na uczczenie tego z godnością:
Na Joeya – WHY GOD, WHY??!!!

Pomimo, że wspomniany odcinek teoretycznie opowiada o urodzinach Rachel to najbardziej zapamiętałam reakcję Joeya, który na swoich urodzinach zanosił się histerycznym płaczem, krzycząc do Boga, że mieli umowę i że tylko inni mieli się starzeć.

Takie były na początku tego roku moje reakcje, gdy na Facebooku i innych pochłaniaczach czasu zaczęły mi się przewijać zdjęcia kolejnych znajomych, z tej czy innej szkoły, którzy kończyli lat 30. Patrzyłam na nich i z przerażeniem odkrywałam, że mnie niedługo też to czeka. Jako dorosła rozsądna kobieta postanowiłam, tak jak Rachel, udawać, że wcale nie.
Na Rachel – Wyparcie, pogodzenie z losem, refleksja

Miss Green podeszła do tematu z klasą i typowym dla siebie rozpieszczonym urokiem – planowała udawać, że to się nie dzieje z zastrzeżeniem, że zatrzyma prezenty. To był pierwszy stan, który mnie dopadł i trwał od mniej więcej 29 urodzin przez kilka miesięcy: Żadnych imprez, żadnych życzeń! Udawajmy, że to się nie stało!

W końcu jednak, po naciskach ze strony Pysia (“Ale wiesz, że jak nie będziesz obchodzić urodzin to nie będzie prezentów?”) i Dobrowolskiej (“Nie pójdziemy na Sopot robić Dolfin w twoje urodziny?”), przeszłam do stanu smutnej akceptacji nieuniknionego.

W nieszczęsnym odcinku Rachel po zaakceptowaniu faktu, że jednak nie zatrzyma upływu lat zaczyna dochodzić do wniosku, że ma jeszcze mnóstwo czasu na zrealizowanie planów życiowych i przed 35 urodzinami zdąży. W tym miejscu jednak wkracza matematyka podszyta logiką i wychodzi, że skoro ma zdążyć w ciągu 5 lat to musi zacząć teraz (pewnie naoglądała się dziewczyna reklam społecznych z serii “Zdążyłam…”). I w tym miejscu przechodzimy do kolejnego sposobu radzenia sobie ze zmianą kodu.
Na Phoebe – Gotta catch‘em all

Phoebe aka Regina Falange po kolei skreślała z listy zadania do zrealizowania przed trzydziestką. Znając ją lista była nad wyraz ciekawa, jak choćby pokonanie sporego dystansu skacząc na piłce. Ja niestety nie mam tak ambitnych planów jak ona, ale po przejściu całej drogi Rachel teraz analizuję, które marzenia zrealizowałam, a które są do odhaczenia. I o to jestem znów i spełniam to największe, towarzyszące mi od dzieciństwa – piszę. Nie tylko tu, nie tylko bloga 😉

A co do reszty rzeczy do zrobienia przed XX urodzinami to wiele z nich mieści się w kolejnym sposobie.
Na Rossa – Fura, skóra i ?

Ross – on podszedł do tematu z największą godnością! Jak przystało na osobę, która wcaaale nie ma kryzysu: kupił sportowy samochód! Jak słusznie przekonywał pozostałych Przyjaciół – to była rozsądna decyzja, bo przecież jako ojciec potrzebuje środka transportu. Ile osób idzie tą drogą? Więcej niż sądzicie: zmiana fryzury, kolczyki w dziwnych miejscach, tatuaże, eksperymentowanie z bardziej młodzieżowym stylem…

U mnie zaczęło się od zmiany koloru włosów, mało drastycznej – trochę je zrudziłam. Częściowo po to, żeby coś zmienić będąc na fali “30szlag30”, a częściowo żeby przestali pytać po kim ITboy jest rudy.

(A właśnie, ITboy – w między czasie się pojawił i ma już prawie 11 miesięcy i serio jest trochę rudy i nie wiadomo po kim. ITboy – wzięło się stąd, że ma zostać małym programistą po tatusiu i chrzestnym, którym jest Esio. Nawet imię mu tak wybraliśmy żeby inicjały miał IT :D)

Oczywiście przemykają mi po głowie myśli o tatuażu, wiem nawet co i gdzie chcę, ale powstrzymują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze muszę znaleźć kogoś kto mi to zaprojektuję, bo nie chce tatuażu z katalogu. Po drugie chcę odczekać do 31 (brr…) urodzin i zobaczyć czy mi kryzys nie minie.
Na Monikę – Ae se naebam

Monika nie mogąc pogodzić się z losem wprawiła się w szampański nastrój do potęgi. Niestety jej znajomi urządzili jej eleganckie przyjęcie niespodziankę, na którym zaprezentowała klasyczną postawę „JEZDEM PIJANA i STARA” .

To dopiero przede mną, ale już zapowiada się, że nie jeden Dolfin zostanie wywinięty na sopockim monciaku. Niestety pomimo ambitnych planów imprezowania z klasą, biorąc pod uwagę nastawienie moich znajomych do tego wydarzenia zostanę podstępnie upita zanim dojdę do jakiegokolwiek klubu, w którym mogłabym dziarsko pohasać na parkiecie w moich nowych ubercool młodzieżowych ciuchach wcale nie kupionych w fazie “Na Rossa”.
Na Chandlera – Tylko spokój może nas uratować

O dziwo Mr. Bing jako jedyny podszedł do tematu 30 urodzin ze stoickim spokojem. Pewnie dlatego, że był zbyt zażenowany kolejnymi spazmami Joeya. Potraktowanie tego dnia jak zwykłych urodzin jest jakimś sposobem na przetrwanie, ale dla mnie już niestety za późno. Może wam się uda.

Niestety ten dzień nadszedł dziś, a ja się zastanawiam czy to oznacza, że stałam się stara czy tylko dorosła? I czy kobiety po 30 mogą jeszcze oznaczać swoje zdjęcia jako #PolishGirl czy już raczej #PolishMilf albo #PolishCougar?

Kategorie
Blog

Prawdziwe znaczenia kulinarnych pojęć, których nikt Ci nie wyjawił

Gotowanie trudną sztuką jest.

W sztuce tej długo pozostawałam na poziomie: robienia kanapek i zalewania zupek instant wodą. A i to nie zawsze wyszło. Nie żebym garnęła się do nauki gotowania, skoro można było w tym czasie udając, że się uczysz pograć w Farmville. W końcu jednak przyszła na mnie pora i zaczęłam eksperymentować na Pysiu i jakoś to poszło, Teraz uwielbiam gotować, zwłaszcza wymyślać coś z niczego.

Laicy w temacie gotowania są często pozostawianie sami sobie i szukają porad w Internecie. A tam jest wszystko. Niestety wszystko oznacza również kotleciki z kostek rosołowych:

kotleciki

Nawet gdy padawan sztuki gotowania trafi na sensowną recepturę to spotyka się z szyfrowaniem jej za pomocą niezrozumiałych słów.

Poniżej wyjaśnienie kilku z nich (bonusowo definicja sushi)
Przechodzenie/Przegryzanie

Przechodzenie, przegryzanie – tajemniczy proces z pogranicza chemii i magii. Polega na odstawieniu gotowej potrawy (najczęściej tradycyjnej, warzywnej sałatki przygotowanej w balii do prania na Święta) na jakiś czas na bok i poczekaniu, aż jej smak z nijakiego zmianie się w jakiś. Nikt nie wie jak to działa, ale działa.
Przegryzanie – tajemniczy proces z pogranicza chemii i magii.

Marynowanie

Marynowanie – coś jak przechodzenie, ale stosuje się przed przygotowaniem potrawy np. takie mięso smakuje lepiej, jeżeli przed jego przyrządzeniem zostanie zamarynowane, czyli nasmarowane, wytarte lub zalane konkretnymi składnikami i miksturami.
Blanszowanie

Blanszowanie – hipsterskie gotowanie warzyw. Polega na zanurzeniu ich we wrzątku (względnie wystawieniu na działanie pary) na kilka chwil, a następnie szybkim ochłodzeniu. Podobno zdrowsze od zwykłego gotowania, bo nie wypłukuje witamin. Nie wiem czy to prawda, ale zblanszowane warzywa wyglądają ładniej niż ugotowane, co jest ważne przy robieniu zdjęć posiłków przed wrzuceniem na Instagram, stąd moda na blanszowanie wśród hipsterów.
Na oko

Na oko – najmniej precyzyjna na świecie jednostka miary, którą wykańcza mnie moja mama, gdy dzwonię do niej żeby się zapytać jak robi jedną z moich ulubionychkitchen-scale-532651 potraw. Może oznaczać łyżeczkę, pół kubka, albo dwa kilo.
Do smaku

Do smaku – jednostka przypraw, która oznacza dodanie danego specyfiku “na oko”.
Fusion kitchen

Fusion kitchen – to taki rodzaj kuchni, w sensie styl nie pomieszczenie czy urządzenie, który polega na mieszaniu różnych stylów np., kiedy jesz na obiad pierogi z kapustą i grzybami i podajesz do tego caprese, albo jak robisz spaghetti z parówką.
Sushi

Sushi – potrawa wywodząca się z Japonii. Kawałek surowej ryby z zawiniętej w ryż i zielonego glona. Może nie być zawinięte w glona, może też nie zawierać ryżu, a ryba może nie być surowa, może w tym w ogóle nie być ryby i wszystko może być podgrzane. Nie mylić z tortillą, która co prawda też jest zawijana, ale w przeciwieństwie to sushi, co do zasady nie zawiera glonów, ryżu, ani surowej ryby. Czyli w sumie może wyglądać jak sushi. Najłatwiej tortille odróżnić od sushi po tym, że sushi da się w całości włożyć do buzi, a tortilli nie. I sushi jest droższe.