Kategorie
Blog

I żyli długo i szczęśliwie (dopóki nie trzeba było pozmywać)

Obudził ją pocałunkiem, wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. Włożył jej pantofelek na drobną stópkę, wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. Jego kumpel wpadł do katedry na swojej dziewczynie – smoczycy, która zjadła złego adoratora, wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. Wszystkie bajki, oprócz tej ostatniej, kończą się na scenie pocałunku lub ślubu i przemilczają co dzieje się dalej. A dalej rożnie bywa. Ktoś się roztyje, ktoś stanie się jędzą i będzie marudzić:
– Ciągle tylko patatajasz bez celu na tym swoim koniku wokół zamku. Pomógłbyś i dziećmi się zajął. Nie mam nawet kiedy odwiedzić krasnoludków!
– Najlepiej! Zadawać się z kurduplami kiedy ja będę w zamku kisł. Co Cię w ogóle z nimi łączy, że ciągle do nich latasz?
– Nie musiałabym gdybyś był prawdziwym mężczyzną, a nie leniwym patatajaczem na koniku.

Czy jakoś tak.

A za ostatnią stroną bajki, tuż za słowami „żyli długo i szczęśliwie”, zaraz za słowem KONIEC, czai się rzeczywistość i prawdziwe życie we dwoje, które czasem mija się z naszymi oczekiwaniami. Czasem mija się z nimi o włos, a czasem okrąża łukiem i nawet nie zbliża do naszego przeświadczenia o tym jak powinno wyglądać życie tuż po wielkim pocałunku, po sakramentalnym lub urzędowym tak, albo zwyczajnie po całkiem prozaicznym zamieszkaniu razem.

Rzeczywistość nokautuje oczekiwania na każdym kroku.

Weźmy na przykład strój domowy w jakim ona powinna chodzić po wspólnym gniazdku:

Oczekiwania:

Ona zmysłowo pomyka po domu w zwiewnym peniuarze.

Rzeczywistość:

Dres i puchate skarpetki, ale żeby osłodzić mu życie ubiera skąpy podkoszulek i nie zakłada stanika (nie można przecież popadać w skrajności i doprowadzić się do stanu poślubnego gnicia)

Wspólne posiłki

Oczekiwania:

– Ukochany, czy masz ochotę zjeść jutro na obiad mostek cielęcy z pieczonymi batatami i warzywami blanszowanymi?

– Nie przemęczaj się tak księżniczko. Może zamiast gotować pójdziemy do tej nowej popularnej restauracji.

Rzeczywistość:

– Co dziś na obiad?

– Zobacz co da się wydłubać z zamrażarki, względnie odkuć za pomocą dłuta.

Tak uroczysty posiłek warto uświetnić deserem:

Oczekiwania:

– Kochanie masz może ochotę na Crème brûlée, który przygotowałam?

– Jakże mógłbym odmówić.

Rzeczywistość:

– Zjadłbym coś słodkiego. Mamy coś w domu?

(po kilku minutach przeszukiwania szafek)

– Znalazłam paczkę budyniu. Czekaj. Sprawdzę czy nie jest przeterminowany.. Do 2014..

– To nie tak źle.

– Ale do stycznia.

– Nie szkodzi. Nie jestem przesądny.

(Był listopad)

Do tego dochodzą jeszcze takie prozaiczne czynności jak:

Zakupy

Oczekiwania:

Kupujecie rzeczy z listy i wychodzicie!

Rzeczywistości:

– Pyś po cholerę nam karton batoników?

– Na zapas.

– Cały karton?

– A te 6 litrów wina kiedy planujesz wypić?

– Ok, cofam pytanie.

Porządki:

Oczekiwania:

Codziennie poświęcacie kilkanaście minut na sprzątanie dzięki czemu cały czas macie porządek.

Rzeczywistość:

Sprzątacie regularnie – jak ktoś wpadnie na piwo, a rzeczy, które są na wierzchu nie da się już schować na podłodze w sypialni.

Zmywanie naczyń

Oczekiwania:

Każde z Was zmywa po sobie na bieżąco dzięki czemu nie macie zaległości

Rzeczywistość:

– Teraz twoja kolej.

– Nie, twoja.

– A kiedy ostatnio zmywałaś?

– Tydzień temu. A ty?

– Dwa…

– Czyli twoja.

Oczywiście żeby nie popaść w marazm po wszystkich tych nudnych obowiązkach chcecie zapewnić sobie trochę rozrywki:

Oczekiwania:

W piątek byliście na genialnym filmie, a potem w uroczej kawiarence nad Motławą.

Rzeczywistość:

Obżarliście się resztkami obiadu z czwartku, a potem oglądaliście jakiś film, ale nie wiecie o czym, bo jedno zasnęło po 15 minutach drugie po 25. Jak się obudziliście leciał już inny, ale zorientowaliście się dopiero po pół godziny jak fabuła się nie kleiła.

I tak wygląda życie za ostatnią stroną bajki, tuż za słowami „żyli długo i szczeliwie”, zaraz za słowem KONIEC, tam – jest wasza bajka zwana rzeczywistością. Inna od tej, w której był pantofelek, od tej, w której on imponował jej mieczem i gdzie za pomocą różdżki można było rozwiązać każdy problem. Czy to znaczy, że Wasza bajka jest gorsza?

PS 1 Podobieństwo pary z przykładów dotyczących rzeczywistości i bohaterów tego bloga jest zupełnie przypadkowe. Zupełnie. I tej wersji będziemy się trzymać.

PS 2 Przestańcie się chichrać ze słów miecz i różdżka w ostatnim akapicie. (Świntuchy…)

Kategorie
Blog

Dlaczego jesteście skazani na zerwanie? – subiektywna lista przyczyn by Majka

Na pewno każdy z was wie dlaczego różne pary ze sobą zrywają. Ba, na pewno wiecie dlaczego znajome pary też w najbliższej przyszłości się rozstaną, chociaż oni sami są tego nieświadomi i planują wspólne życie.
Tak, oni jeszcze nie wiedzą, że nie mają prawa być razem szczęśliwi, ale my już wiemy!
Ostatnio siedziałam sobie kulturalnie u Ani D. i Esia, czekając, aż Pyś mnie odbierze po Zumbie (TAK! możecie być dumni, w końcu udało mi się kilka razy iść i nie zgubić się w Mc po drodze!). Chociaż może nie do końca kulturalnie, bo Esio właśnie kłócił się z Anią, czy może przy mnie zdjąć skarpetki, bo zawsze tak robi jak siedzi przy kompie, a ja to prawie rodzina. Kłótnie przerwał gwałtownie, gdy usłyszał mój komentarz do jakiej fotki opublikowanej na fejsie dotyczącej odwiecznej wojny o kołdrę między kobietą, a mężczyzną. Stwierdziłam tylko, że ja zawsze też zabieram Pysiowi kołdrę. Esia wmurowało w fotel. Kazał Ani zamilknąć (a on rzadko każe coś zrobić Ani) i pełen niedowierzania zapytał:
Esio: – Śpicie pod jedna kołdrą?!
Majka: – No, tak…
Esio: – ROZWÓD!
Ania D.(gdy wyszła już z szoku, że kazał jej zamilknąć): – Esio, co jest?
Esio: – Czy ty słyszałaś? Oni.. oni spią pod jedną kołdrą. Rozwód! Będzie rozwód!
Ania D. (spojrzała na mnie z politowaniem): – Przykro mi kochanie, ale Esio ma rację będzie rozwód. My też byśmy się rozwiedli, gdybyśmy nie zainwestowali w drugą kołdrę.
Pomyślałam, że opary ze skarpetek wepchniętych pod biurko przez Esia im zaszkodziły, ale potem sobie zdałam sprawę, że takich absurdalnych teorii na zerwanie jest pełno. Przykładowo:
1. Spotykają się od gimnazjum/liceum – na pewno ze sobą zerwą!
2. On jest koksem do kwadratu, a ona typem kujonowatej prymuski – ten związek nie ma szans. Para musi mieć wspólne zainteresowania.
3. Nie mieszkali ze sobą przed ślubem – po roku się rozwiodą. Na bank!
4. Spotykali się tylko półtora roku przed ślubem – za mało się znają, są jeszcze na etapie zakochania. Jak opadną klapki z oczu to bajka się posypie.
5. Nie bzykolili się przed ślubem – będa mieli straszny sex. Może nie rozwód, bo to katole, ale na 100% nie będzie im się układać
Itd.
Zgadzam się i nie zgadzam z każdym z tych punktów!
Ad. 1 Zawsze patrzyłam sceptycznie na pary z takim stażem. No bo, jak można traktować poważnie związek, który się zaczęło w wieku 14 lat? Przecież teraz są zupełnie innymi ludźmi, dorosłymi, mają już inne zainteresowania, charaktery. Będą chcieli spróbować czegoś innego. I bach koniec związku. Pewnie są ze sobą już z przyzwyczajenia…
Znając żywe zaprzeczenie, że takie związki są skazane na porażkę zmieniłam trochę zdanie. To prawda są już inni, ten związek jest już zupełnie inny, ale oni dorastając dostosowywali się do siebie. Wychowali siebie na wzajem na idealnych partnerów dla siebie, wspólnie ukształtowali swoje charaktery. Czy można znaleźć lepiej dopasowaną do ciebie osobę, niż ta której dorastanie polegała na dopasowywaniu się do ciebie? No można np. ja i Pyś:P, ale w takich związkach od gówniarza dostajesz partnera uszytego na miarę.
Ad. 2 Jak oni się poznali? Serio, jak? Przecież nie mają nic wspólnych zainteresowań??
W związku nie chodzi o wspólne zainteresowania. Bo w stałym związku masz mało czasu na kultywowanie wspólnego hobby, za to mnóstwo na zmywanie, sprzątanie i podejmowanie decyzji tak ważnych, że wolisz się schować pod kołdrą niż o nich myśleć. A przy odrobinie szczęścia, jak wystarczająco długo posiedzisz pod kołdrą, to same się podejmą. Żeby przetrwać codzienność ważniejsze są wspólne wartości i podejście do życia. Jeżeli oboje uwielbialiby czytać książki i ścigać się na gokartach to i tak wyszło by z tego gówno, jeżeli jedno uważałoby, że najważniejsza jest rodzina, a drugiemu zależałoby na tym by hajs się zgadzał. Wyobraźcie sobie, że muszą zdecydować czy przenieść się z Trójmiasto do Warszawy? Wspólne zainteresowania im w tym nie pomogą, bo większość mogą realizować wszędzie, ale wspólne wartości już tak (gdzie dzieci będą miały lepiej, gdzie znajdziemy lepszą prace itp.).
Zresztą może Pan Koksik lubi inteligentne laski, a Pani Kujon tęskni za partnerem, który się nią zaopiekuje, a nie, będzie debatował co by na jej potrzebę bezpieczeństwa powiedział Freud.
Ad. 3 Szczerze wierzę, że trzeba ze sobą pomieszkać przed ślubem, chociaż powoli zaczynam do siebie dopuszczać możliwość, że osoby, które tego nie zrobiły też mają szanse na udany związek. Nie znam jednak przykładów par, które są super szczęśliwe pomimo tego, że nie mieszkały ze sobą przed zaobrączkowaniem, więc nawet nie mam jak obalać tej przyczyny zerwania. W sumie to ja w ogóle nie znam par, które ze sobą nie mieszkały przed ślubem…
Ad. 4 Kurde, jak można znać się tak krótko i pakować w małżeństwo? Debile, niedojrzali emocjonalnie. To była autowrzuta :). U nas wszystko przebiegło dość szybko. Od zaręczyn do ślubu minął miesiąc, a wcześniej spotykaliśmy się tylko półtora roku. Oczywiście w gimnazjum to jest całą wiecznością, ale jak się ma po dwadzieścia kilka lat i chce się związać na całe życie to w kij krótko. Znam taką parę, która zaręczyła się po 3 miesiącach o_O. I nie były to takie zaręczyny: „Ok, zaręczamy się, bo głupio mi nazywać ciebie konkubiną, ale ślub za kilka lat”. Pierwotnie byłam przerażona ich pomysłem, a potem doszłam do wniosku jak przeżyją przygotowania do ślubu to wszystko przeżyją.
W tak wczesnym stadium związku, człowiek wciąż jest jeszcze na etapie zakochania, wiec jest odurzony i zalepiony i nie powinien podejmować ważnych decyzji.
Wszystko to prawda, jednak ważniejsze od czasu jaki minął jest to, jak on wyglądał. Bo w 3 miesiące można przeżyć związek intensywniej, niż niektórzy przez kilka lat go przeżywają (zwłaszcza ci co ze sobą nie mieszkali). W rok czasu możesz już uodpornić się na skarpetki pod biurkiem i niepozmywane talerze. Dlatego krótki staż związku przed ślubem skreślam z listy przyczyn rozwodu.
Ad. 5 Jak tak można? Przecież nie będą wiedzieć czy do siebie pasują itd.
Takie tam pitolenie. A co ma tam do siebie nie pasować? Jest tyle pozycji, że nawet jak niektóre im nie będa leżeć (lub stać :>), to mają jeszcze spory wachlarz możliwości. W związku nie będzie im się układać przez seks, jeżeli nie będą mówić sobie co im nie pasuje, a co tak. Równie dobrze mogą zacząć baraszkować przed ślubem i im nie będzie szło, bo będzie im głupio powiedzieć. W takim wypadku winą rozpadu związku nie będzie brak dopasowania w łóżku, tylko brak szczerości i zaufania.
Nie będę wciskać kitów, że seks nie jest ważny w związku, bo jest, ale ile czasu spędzacie na figlowaniu, a ile na zmywaniu? (To może akurat nie jest zbyt dobry przykład, bo my z Pysiem baaardzo unikamy zmywania, ale wiecie o co mi chodziło).
Za kilkadziesiąt lat, nie będzie już ani chęci, ani siły, a gotować, prać i wspólnie oglądać telewizję będzie trzeba. Dopasowanie charakterów (na zasadzie podobieństw, przeciwieństw czy uzupełniania się, bo wszystkie warianty w praktyce mogą się sprawdzić) jest ważniejsze i przekłada się na dopasowanie preferencji, więc nie biczujcie ludzi, którzy pierwszy raz sprawdzili, że cześć A pasuje do części B, po długim czasie wspólnego życie. Oni mogą wiedzieć o intymności dużo więcej.
W żadnym z powołanych powyżej przykładów, związki nie rozpadną się dlatego, że ludzie do siebie nie pasują, że nie są szczęśliwi. O nie, oni się rozstaną, bo to nie logiczne żeby im się udało. Co z tego, że dobrze im się razem, że w życiu kierują się tymi samymi wartościami, że mają te same cele. Nic. Rozstaną się, bo śpią pod jedną kołdrą:)

Kategorie
Blog

Dlaczego warto oglądać komedie romantyczne?

Jako godna przedstawicielka swojej płci uwielbiam oglądać komedie romantyczne. Gatunek ten do ambitnych nie należy, chociaż zdarzają się perełki. Komedii romantycznych nie ogląda się by osiągnąć katharsis, a by dać odpocząć szarym komórkom po całym dniu wytężonej pracy.
Taki film nadaje się do oglądania w trzech wypadkach:
1. Na początku związku, gdy chodzi się „do kina”, a nie „na film” (if you know what i mean 🙂 a if don’t to zaraz wyjaśnię)
2. Na babskim spotkaniu, gdy przez zbytnie skupienie na wielkości tyłka Jolki, z którą teraz chodzi były Twojej przyjaciółki, możesz zgubić fabułę.
3. W stałych związkach, jako tło do leżenie na kanapie, ładowania sobie do buzi zakazanych przekąsek i oczywiście przytulania prowadzącego do niechcianego zaśnięcia przed telewizorem albo bardziej chcianego figlowania w sypialni.
Jeżeli chodzi o chodzenie „do kina” to różni się ono od chodzenia „na film” tym, że jak para idzie „do kina” to po to żeby się poobmacywać po ciemku w większości ignorując film. Natomiast jak idzie „na film” to idzie śledzić go z zapartym tchem w większości ignorując partnera. Po co więc wydawać na bilet do kina skoro można poobmacywać się w domu. A co brzmi lepiej:
„Masz ochotę iść ze mną do kina?”
czy:
„Masz ochotę wpaść do mnie się poobmacywać, tylko po cichu, bo mama usłyszy i zacznie co chwilę wchodzić do pokoju pod pretekstem zrobienia nam herbaty albo kanapek?”
Pogarda dla komedii romantycznych jest całkowanie niesłuszna. Jasne, że nie są to zwykle wybitne dzieła kinematograficzne, ale porównywanie komedii romantycznej do ambitnego kina jest jak wybieranie pomiędzy słodyczami, a boczkiem. Jasne, że boczek jest lepszy, ale czasem masz ochotę na coś słodkiego.
Komedie romantyczne mają zwykle dość schematyczną fabułę:

Najpierw bohaterowie poznają się, najczęściej przez przypadek.
Potem się nie lubią albo wręcz nienawidzą, zwykle dlatego, że pochodzą z dwóch różnych światów.
Potem powoli z wzajemnej niechęci zaczyna kiełkować uczucie.
Gdy już ma wybuchnąć niekończącym się płomieniem dochodzi do WIELKIEGO NIEPOROZUMIENIA, które jest efektem niebywałego zbiegu okoliczności albo działania tej trzeciej osoby.
Bohaterowie godzą się i żyją długo i szczęśliwie.
Koniec

Są oczywiście też inne schematy w stylu: dopiero co się pobrali i ich wspólne życie ich dobija, poznają teściów i oni ich dobijają, głównymi bohaterami jest dwoje przyjaciół tej samej płci a wątek uczuciowy jest w tle i oczywiście motyw, w którym ktoś się w kimś sekretnie kocha, ale ta osoba spotyka się z bucem/jędzą i tego nie wie.
Nie ma więc co bronić się przed komediami romantycznymi, trzeba ja po prostu umiejętnie wykorzystać. Warto jednak pamiętać, że dziewczyna może nie wiedzieć czy zapraszając ją do kina masz na myśli “kino” czy “film”.
Nie warto przystępować do obmacywania, gdy na ekranie trwa właśnie scena WIELKIEGO NIEPOROZUMIENIA, a wybranka (wybranek albo jakiś gender) roni łzy, bo się wyjdzie na nieczułego. Lepiej poczekać do momentu aż się pogodzą, albo zacząć zanim na ekranie nastąpi NIEPOROZUMIENIE.
Jeżeli oglądacie akurat wersję o złych teściach to teksty w stylu “znam to” albo jakbym “widział/widziała Twoją matkę” nie są na miejscu. Generalnie filmy o poznawaniu teściów nie są dobre do obmacywania.
Obecnie z Pysiem próbujemy obejrzeć pierwszą setkę komedii romantycznych z rankingu Filmwebu. Idzie nam całkiem nieźle. Taki sposób spędzania czasu może wydawać wam się nudny, ale to zależy od tego czy akurat zaśniemy na kanapie czy nie 😉

Kategorie
Blog

Jak przeżyć zimowe wyprzedaże, czyli SOS dla Twojego portfela (by Dobrowolska)

27 grudnia rozpoczął się długo oczekiwany przez każdą kobietę i co trzeciego mężczyznę czas – WYPRZEDAŻE! Jako że z przyczyn opisanych już wcześniej staram się kupować ubrania etc. tylko wtedy, gdy jest okazja (okazja w rozumieniu promocji, niestety czasy, gdy wyjście po pietruszkę było okazją do kupienia sukienki, minęły), przełom grudnia i stycznia jest dla mnie czasem łowów. Zawsze zbieram całą kasę z prezentów świątecznych i ruszam do sklepów.
Nie inaczej było w tym roku. Z miejsca muszę pochwalić mojego dzielnego Esia, który nie tylko wybrał się ze mną do nowego centrum handlowego, ale w dodatku przeżył fakt, że w tę sobotę są tam na pewno WSZYSCY. Esio chodził ze mną po sklepach bez najcichszego syknięcia i wyrozumiale czekał, aż się wyszaleję. Jak widać, przemyślana i cierpliwa hodowla daje efekty!
Muszę się pochwalić, że w trakcie zakupów kupiłam płaszcz, dwie bluzki, dwa T – shirty i szalik, a za wszystko zapłaciłam ok. 200 złotych (tak, naprawdę!). Oczywiście nie ma sensu pokazywać tego wszystkiego, bo nie taki jest sens tego poradnika. Jako że to nie pierwsza moja wyprzedaż i nie pierwszy osiągnięty w jej trakcie sukces, myślę, że niezorientowanym przyda się kilka wskazówek, jak uchronić swój portfel przed ruiną i jednocześnie być zadowoloną/-ym z zakupów (żeby nie szerzyć dżenderu, a tak naprawdę z lenistwa, poniżej zostanę przy formie żeńskiej, ale rady są uniwersalne, sorki) 🙂
1. Wbij sobie do głowy, czym jest wyprzedaż.
W Polsce mamy to nieszczęście, że sklepy robią sobie z nas jaja – nie wiem, jak inaczej nazwać to, co uprawiają niektóre sieci. Są dwie metody robienia sobie jaj z kupujących: po pierwsze – „obniżenie” ceny o tak symboliczną kwotę, że zbiera się we mnie pusty śmiech (do tego samego worka wrzucam praktykę zalepiania pierwotnej ceny wyższą, a potem doklejanie „promocyjnej” ceny takiej samej, jak wcześniej). Wyprzedaż to nie jest bezinteresowny prezent od sklepu, tylko szansa, żeby wreszcie ktoś kupił to, co zalega w magazynach. Dlatego uważam przeceny z 89,90 na 79,90 etc. za żenujące. 10 złotych mniej to nie jest wyprzedaż, a ZARA niestety stosuje taką politykę nagminnie. I choć nie ukrywam, że czasem takie rzeczy bardzo mi się podobają, od pewnego czasu nie kupuję ich dla zasady. Jeśli konsumenci się nie nauczą, to sklepy też nie.
Druga metoda: wrzucanie do sklepu szmat, których nikt nie kupił od długiego czasu i które nie mają nic wspólnego z ostatnią (a nawet przedostatnią) kolekcją. To bardzo częste w H&M i to też nie jest wyprzedaż, tylko stworzenie pozorów, dzięki którym wejdziesz do sklepu, a wyjdziesz z rzeczą z nowej kolekcji (bo przecież w dziale SALE nic fajnego nie było!).
Powyższe praktyki należy piętnować i pamiętać, że o wyprzedaży możemy mówić, gdy cena jest naprawdę niższa, choćby o skromne 30% i gdy na wieszakach widzimy to, co wcześniej nam się marzyło, a było za drogie.
2. Odwiedź sklepy, które do tej pory omijałaś.
To ostatnio mój ulubiony sposób. Każdy ma pewną listę sklepów, do której stale zagląda i sklepy wyklęte, do których nie wchodzi. Powody wyklęcia są różne i o ile są rzeczywiście istotne (zła praktyka traktowania reklamacji, bardzo zła jakość ubrań, ceny z kosmosu), można się trzymać swojego postanowienia. Jeśli jednak 5 lat temu weszłaś do sklepu i po szybkim obczajanku powiedziałaś, że nie ma tu nic w Twoim stylu, to czas przemyśleć takie działanie. Przykład z życia wzięty – do wiosny tego roku nikt nie byłby w stanie namówić mnie na kupienie czegokolwiek w sklepie House (oczywiście dla siebie, kupuję tam Esiowi T – shirty). Rzeczy tam sprzedawane, były najzwyczajniej w świecie nie w moim stylu. W kwietniu, z braku laku, weszłam na chwilę do tego sklepu – nadal co do zasady uważam, że styl, który przeważa w ich kolekcji, nie ma nic wspólnego z moim, ale znalazłam tam kurtkę, jakiej szukałam od miesięcy i zapłaciłam za nią śmieszne pieniądze (to raczej sklep dla licealistek, a takie z reguły są tańsze). W sobotę dorwałam u nich piękny, klasyczny płaszcz za stówkę. Nie jest oczywiście najcieplejszy, ale to akurat problem z płaszczami z każdej sieciówki 😉
3. Nie kupuj szmat.
Nauczyłam się tego dopiero niedawno, ale póki co jestem wytrwała w swoim postanowieniu – nie kupuję rzeczy, które są już na wieszaku pogniecione (moja Mamcia mów na to „jak psu z gardła wyjęte”. Nie robię tego z prostego powodu – nienawidzę prasowania, ale tak naprawdę, naprawdę i prasuję tylko, gdy muszę – taką rzecz musiałabym prasować co chwilę. Nie kupuję też rzeczy, które są zrobione z beznadziejnego materiału. Nie twierdzę, że od roku chodzę tylko w jedwabiu i kaszmirze, bo w totka trafiamy niestety tylko jedynki, ale np. nie kupuję już swetrów z akrylu. Mogą być to najpiękniejsze swetry w świetnej cenie (ach, takie cudo widziałam w Stradivariusie!), ale każda kobieta, która jeden w miarę aktywny dzień spędziła w swetrze z akrylu, powinna mnie zrozumieć. Nie, nie i jeszcze raz nie. Wolę nie mieć (czyli nadal mieć kasę) niż nosić tylko w domu albo przebierać po godzinie. Staram się także omijać szerokim łukiem ubrania, które wymagają prania chemicznego. Nie dotyczy to oczywiście płaszczy i żakietów, bo to niestety naturalne zjawisko i mogę się jakoś przebiedzić. Poza tymi przypadkami nie widzę potrzeby prania koszuli czy bluzki w pralni, zwłaszcza, że taka atrakcja stała się ostatnimi czasy droższa niż niejeden ciuch.

Kategorie
Blog

Prezentacje, które skłaniają do popełnienia harakiri

Kolejny owocny weekend spędziłam na uczelni. Ponieważ mam taką fanaberię, żeby zamienić swoje hobby w pracę, w ramach przebranżawiania się studiuję zaocznie zarządzanie, a dokładnie marketing i komunikację społeczną.
Zauważyłam, że coraz więcej zajęć jest prowadzonych w ten sposób, że studenci przygotowują w grupie jakiś temat i prezentują go na zajęciach. Przyjemna forma zaliczenia ćwiczeń. Jako że uwielbiam wszelkie prezentacje zwykle szybko zaliczam swoją i resztę semestru obserwuje poczynania innych.
Biorąc pod uwagę, że wybrana specjalizacja jara mnie tak jak nowy sezon Gry o tron większość zajęć wygląda w te sposób, że debatuję z prowadzącym, również na wykładach. Większość z nich to praktycy i opowiadają świetne historie z własnego doświadczenia. Efektem tego jest moja duża popularność kiedy przychodzi do formowania grup na prezentacje.

Na początku tego semestru prowadząca rozdała nam tematy i poprosiła o wybranie jednego i przygotowanie go w 3 osobowych grupach. Nie zdążyłam jeszcze wybrać tematu, gdy z końca sali moje kochane koleżanki krzyczały, że są ze mną w grupie. Powiedziałam, żeby się wypchały, bo chwilę wcześniej śmiały się, że znów mi się gęba nie zamyka, co zresztą jest dla mnie stanem permanentnym nie tylko na uczelni. Oczywiście tylko żartowałam i po wyborze tematu dopisałam je do siebie. Na przygotowanie prezentacji miałam całe dwa tygodnie. I postanowiłam zrobić świetną prezentację z racji, że temat mi bliski podwójnie: blogi i marketing:)
Oczywiście nic z tego nie wyszło i dzień przed prezentacją, wieczorem siedziałam u “Mojej Gosi” piekąc z nią ciasteczka, pijąc wino i tworząc prezentacje. Na koniec obejrzałyśmy jeszcze pierwszy odcinek Warsaw Shore.
Prezentację zaczęłam robić jak ciasteczka były w piecu, a ja po pierwszym kieliszku wina. Przez prawie godzinę wybierałyśmy szablon i czcionkę 😀 Potem w 15 minut zrobiłam kilkanaście slajdów z tytułem i jedno zdaniowymi tekstami i duma z siebie oświadczyłam, że jeszcze tylko zdjęcia i gotowe. Zdjęcia i przykłady blogów wybierałam przy drugiej butelce wina, wcinając ciastka i oranżadę w proszku, oglądając jak Trypson wyrywa Małą, a Paweł “nietrypson” puka Ewelinkę. Zajęło mi to ponad dwie godziny.
Gosia jako dziewczę blond, ale niezwykle inteligentne, nawet mocno się nie zdziwiła, że prezentacja poszła świetnie. Informatyki kilkanaście lat temu uczył nas ten sam nauczyciel, który wbił nam do głowy kilka zasad, co do dobrej prezentacji.

Najważniejsza to nie czytać! Dostaje białej gorączki jak widzę jak ktoś ma na slajdach prezentacji zwarty tekst który czyta, często dopiero pierwszy raz, w trakcie prezentacji! Rozumiem, że prezentacje na studiach chce się odbębnić, ale litości. Kiedyś będziesz musiał zrobić prezentację, od której może zależeć: twoja praca, awans, nowe zlecenie. Wtedy będzie raczej za późno żeby się uczyć jak to zrobić prawidłowo.

Jeżeli na slajdach będzie tekst, który czytasz nikt nie będzie ciebie słuchał tylko sam czytał (o ile w ogóle zwróci uwagę). Prezentacja w sensie slajdów, to tylko uzupełnienie tego co mówisz. Ma tam być tylko zajawka tematu i grafiki obrazujące o czym mówisz. Oczywiście obrazki nie mogą być złej jakości, bo ludzie nie zapamiętają co przedstawiały tylko ich marną jakość.

Styl w jakim mówisz ma kluczowe znaczenie przy prezentowaniu tematu. Jak dukasz i sam jesteś znudzony tym co mówisz to jak masz zainteresować słuchaczy i skłonić ich żeby coś zapamiętali albo co ważniejsze przekonać ich do twojego zdania.
Często podkreśla się, że w trakcie prezentacji trzeba rzucać żartami albo śmiesznymi anegdotami. Ano trzeba, ale z umiarem. Dowcipy powinny być raczej soft czyli niezbyt kontrowersyjne i nie obrażające nikogo zbytnio. Jak jesteś Esiem albo z innych powodów nie umiesz opowiadać dowcipów to sobie daruj. Chociaż jak nie umiesz opowiadać dowcipów to pewnie beznadziejny z ciebie mówca i nawet dobra anegdota nie sprawi, że będą cię słuchać z zainteresowaniem.
Bo żeby wygłaszać dobre prezentacje trzeba umieć opowiadać. Do pewnego stopnia można się tego nauczyć, ale wrodzony talent jest niezastąpiony. Wyobraźmy sobie takiego Pawła Tkaczyka, który o czymkolwiek by nie mówił wzbudzi zainteresowanie. Podejrzewam, że gdyby zrobił szkolenie jak smarować chleb masłem ludzie wyszliby z niego wielce zachwyceni opowiadając ile wynieśli i jak fascynującym tematem jest smarowanie chleba masłem.
To że nie masz takiego talentu nie usprawiedliwia zrobienia prezentacji, którą zamiast w Power Point mógłbyś równie dobrze prezentować w Wordzie.
W życiu zdarzyło mi się kilka razy robić prezentacje dla szerszego grona kilkuset osób i wiem jak stresujące to jest. Pamiętam taką jedną kilka lat temu, przez cały czas się denerwowałam i bawiłam zegarkiem w czasie prezentacji i, co mogłam przewidzieć, mówiłam dużo za szybko. Generalnie myślałam, że porażka na całej linii. Nie było jednak tak źle. Jak się okazało wypadłam całkiem nieźle i później kilka mniej lub bardziej obcych osób podchodziło pogratulować i podpytać o temat. Chociaż w przypadku mężczyzn mogło to mieć związek ze szpilkami i baaardzo obcisłą spódnicą. W końcu w prezentacji liczy się też prezencja prelegenta 😉

[Cholera, że też nie wchodzę już w tę spódnicę! Co prawda wyszła już z mody, ale wygląd mojego tyłka w niej spychał na dalszy plan przestarzały wzór]

Ludzie, a zwłaszcza studenci na zajęciach, nie potrafią długo słuchać w skupieniu, więc o to skupienie trzeba walczyć. Dyrektorka z mojej byłej szkoły tak bardzo wzięła sobie tę regułę do serca, że w trakcie apelów w połowie prezentacji wyskakiwał jakiś przerażający obrazek lub głośny, irytujący dźwięk. Nie popadajmy jednak w skrajności. Wystarczy ciekawszy obrazek, historia czy co zauważyłam ostatnio nawet fragment tekstu.

Tak tekst na ekranie nie jest całkowicie zakazany, ale trzeba go użyć umiejętnie. Można na przykład wyświetlić fragment artykułu, dając czas na zapoznanie się z nim, a potem odnosić się do informacji w nim zawartych. Przy pierwszym przywołaniu jakiegoś elementu z tego artykułu zapanuje lekki chaos, bo wielu osobom nie będzie chciało się go czytać jak się wyświetli, a w chwili odwołania do niego zaczną to nadrabiać i trzeba będzie zrobić kolejną pauzę. Za to przy kolejnym fragmencie większość już przeczyta:) Oczywiście musi to być coś krótkiego. Warto jednak zostawić czytanie publiczności i nie odczytywać na głos, ani nie streszczać. Gwarantuje to, że wszyscy zatopieni w tabletosmartphonach chociaż na chwile podniosą głowy, żeby zobaczyć co tak zainteresowało innych. Taki fragment tekstu lub jego nagłówka to dobre miejsce na żart.
Wyobraźcie sobie, że jesteście na prezentacji i kulturalnie gracie na telefonie w Milionerów aż tu nagle wokoło rozlega się śmiech. Odruchowo sprawdzacie co tak innych rozbawiło i przez chwilę już uważacie, żeby nie przegapić kolejnego żartu. I tu was mam!

Najważniejsze w prezentacji to mówić z głowy na temat, na którym się znamy. Dlatego własnie przygotowanie prezentacji o blogach przebiegało u mnie w tak dziwny sposób: kilka minut na tekst slajdów i kilkadziesiąt na dobranie grafik. Ekspertem w temacie nie jestem, ale niezliczone ilości godzin przesiedziane w temacie sprawiły, że plan miałam gotowy w kilka minut. Nie warto pisać tekstu prezentacji, bo w jej trakcie będziemy starli się przypomnieć sobie genialne zwroty, których użyliśmy zamiast lecieć z tematem. Dobrze za to mieć spisany plan i się go trzymać, bo inaczej zgubimy się w dygresjach i możemy zbytnio się rozgadać o głupotach, spychając główny temat na bok.
Jeżeli przypadnie nam przygotować prezkę na temat, o którym nie mamy pojęcia to lepiej poświęcić jak najwięcej czasu na wdrażanie się w niego niż na estetykę samej prezentacji. Jak nie mamy czasu bawić się w picowanie slajdów postawny na najprostszy gotowy szablon, a każdą zaoszczędzoną minutę na poszerzanie wiedzy. Im więcej wiesz o tym, o czym mówisz, tym mniej zdenerwujesz się w trakcie mówienia jak zgubisz wątek, bo zastępczy będziesz mieć w głowie. Zawsze też możesz spojrzeć do planu.

Uważam, że bezczelnością jest przyjść na prezentacje nie znając tematu, z wydrukowanym tekstem posklejanym z fragmentów, których nawet się dobrze nie przeczytało. A już szczytem bezczelności jest oczekiwać, że ktoś będzie tego słuchał. Całe szczęście wykładowcy już zaczynają się wyrabiać i po pierwsze: każą sobie kilka dni wcześniej przesyłać prezentacje do akceptacji, a po drugie maglują takich delikwentów pytaniami w trakcie prezentacji, wymuszając samodzielne myślenie i mówienie.

Niestety z takich osób wyrastają pracownicy, którzy później na zebraniach będą prowadzić prezentacje z równie wielkim zaangażowaniem co na studiach. Nie każdy musi być zawodowym mówcą, ale ze zwykłego poczucia przyzwoitości można innym oszczędzić kilkunastu albo, o zgrozo, kilkudziesięciu minut katorgi jakim jest słuchanie szumu monotonnie czytanych słów, bo ich treść do nas raczej w takiej formie nie dotrze.
Dla takich ludzi nie należy mieć litości i powinno się ich zamęczać pytaniami w trakcie prezentacji. Prosiłabym o zostawienie w spokoju jednak tych, których niepowodzenia w prezentacji wynikają z nerwów. Oni mają szanse wyjść na ludzi, bo stres przed wystąpieniami, jest świetnym motywatorem do dobrego przygotowania i, przy zdobyciu odrobiny pewności siebie, prowadzenia fajnych prezentacji.
Reszcie najchętniej wyrywałabym kartki uciekając z sali lub zalewała kawą, aby byli zmuszeni nauczyć się radzić sobie bez nich.

Kategorie
Blog

Relacja z Imprezy V.I.P. (Very Indecent Party)

Styczeń powinien być nazwany miesiącem picia i niepohamowanego imprezowania. Zaczyna się od Nowego Roku, ciągnie się przez karnawał, czasem zahacza o ferie i koniec sesji. Jest jednak jeszcze jedna okazja do której czytelnicy Za biednych na sushi powinni pamiętać: Urodziny Esia.

Prototyp koszulki z linii „esio style”
Dzień ten co roku obfituje w niezwykłe wydarzenia. Krążą legendy, że gdy Esio się rodził krowy dawały wódkę zamiast mleka, drzewa zieleniły się z radości pomimo siarczystego mrozu, a ludzie z niewiadomych przyczyn odczuwali przemożną chęć wznoszenia toastów.
W tym roku zapowiadała się delikatna najebka w doborowym gronie, ogłoszona za pomocą Facebooka. Na stronie wydarzenia znalazła się taka oto zapowiedź:

“Esio jest niczym wino, im starszy, tym lepszy – opowiada jeszcze gorsze suchary i jeszcze krócej się zastanawia, zanim coś powie 🙂

W związku z powyższym jest co świętować, ale że Esio już się w życiu wybansił na parkietach Trójmiasta, proponujemy stateczne dziadowanie u nas na na chacie, w menu oczywiście symboliczny szocik, dobre miażdzycogenne żarełko i planszówki 😀 Jeśli namówicie Esisława, możemy się potem wybrać do Cafe Szaffe, ewentualnie do Bunkra, jeśli Marek nadal jest takim fanem 😀

Jeśli komuś nie pasuje termin, to szybko dajcie znać, dostosujemy się, nie został ustalony na sztywno 🙂

Buziaczki!

Pozdrawia jednoosobowy komitet organizacyjny w osobie Ani :)”

Nie zabrakło też regulaminu imprezy stworzonego przez Esia:

“Regulamin przyjęcia:
3. Esio w każdym momencie może zarządać zmiany muzyki na Jack Sparrow lub Kocham Kocham Kocham.
1. Obowiązuje strój nieformalny, tzw. esio style, brak koszul, zamiast tego t-shirt oraz bluza. Dodatkowe punkty za pogniecioną garderobę.
7. Kawały opowiadane przez esia są śmieszne, zawsze.

2. Esio zastrzega sobie prawo do pominięcia dowolnego punktu regulaminu w dowolnym momencie.
4. Esio może opowiedzieć głupią historię z życia esia dowolną ilość razy. Niedozwolone są teksty w stylu „Esio, już to opowiadałeś…”.
6. Punkty regulaminu mogą być ułożone w dowolnej kolejności.
12. Esio w każdym momencie może zmienić dowolny punkt regulaminu oraz wprowadzić nowy.
92. Szymon nic nie niszczy oraz nie rozlewa. :P”
Ku wielkiemu niezadowoleniu Esia, Pyś nie potwierdził swojego przybycia. Musiałam interweniować i wyjaśnić te kwestię. Jak się okazało Pyś był wielce niepocieszony brzmieniem punktu dotyczącego stroju i zakazu ubierania koszul. Dostał dyspensę od Esia i mógł przyjść w czym chciał. Jego strój jednak sprawił, że uzyskał skrajnie niskie noty w konkursie ogłoszonym przez Esia w ostatniej chwili:

“UWAGA! Konkurs lastminet.

Można przebrać się za esia!
Kto zdobędzie więcej punktów wygrywa.

Zasady punktowania:
1. Koszula = -1000 punktów
2. Marynarka, garnitur, etc. = dyskwalifikacja
3. Za duża bluza z kapturem = 10 punktów
4. Pognieciony sweter = 5 punktów
5. Koszulka niedpasowana kolorem do górnej części garderoby = 5 punktów (bonus 5 punktów za wystający kołnierzyk)
6. Koszulka wystająca z dołu = 5 punktów
7. Klapki kubota = 10 punktów (trzeba w nich przyjść, przebranie butów na klapki kubota przed wejściem, dyskwalifikacja)
8. Dół i góra garderoby niedopasowana kolorami = 5 punktów
9. Nieogolenie = 5 punktów
10. Pognieciona koszulka = 5 puntków
11. Opowiedzenie suchara na wejściu = 5 punktów (bonus 10 punktów za spalenie)
12. Opowiedzenie śmiesznego suchara na wejściu = -100 punktów

Zachęcam do zabawy, bo w puli nagród znajdują się takie cenne podarki jak np. uścisk ręki esia, uścisk drugiej ręki esia, kolejka z esiem, wieczna chwała, stanowisko w zarządzie wspólnoty W#######w itp.”
Po zobaczeniu tego regulaminu walczyła ze mną chęć wylaszczenia się z pragnieniem otrzymania tak wartościowych nagród. Wygrała chęć wylaszczenia się (w końcu jestem kobietą). Żeby jednak całkiem nie wypaść z konkurencji do sukienki przyczepiłam plakietkę z napisem „CZŁOWIEK ESIO TO JA”. Zyskałam sporo punktów za pomysłowość i walczyłam o pierwsze miejsce z bratem Ani. Udało mi się go zdyskredytować kiedy uzmysłowiłam Esiowi, że t-shirt, który mój konkurent ma na sobie został wtórnie pognieciony tzn. najpierw go wyprasowano, a potem pognieciono (zostały kanty od prasowania na rękawkach). Esio był tak oburzony tym niecnym zagraniem, że zdyskwalifikował oszusta i wyszłam na prowadzenie. Niestety wpadła para znajomych Esia i dziewczyna zakasowała konkurencje swym strojem. Pomyślała o wszystkim! Miała nawet skarpetki nie do pary i to dziurawe! Zdesperowany brat Ani próbował zmusić ją do udowodnienia, że się nie ogoliła, ale to było już bez znaczenia, bo sypała sucharami z rękawa, cały czas oddalając nas wszystkich od upragnionej chwały i uścisku ręki Esia.
Potem graliśmy kulturalnie (taaaa…) w TABU, genialną grę której opis i wszystkie anegdoty z nią związane zasługują na osobny wpis. Nie zabrakło też tematu przewodniego, który wprowadził solenizant. Opowiedział nam o pewnym panu, który na stronie reddit.com (taki ichni wykop) założył wątek AMA (skrót od angielskiego zwrotu “Ask Me Anything” czyli “Zapytaj mnie o cokolwiek” ). Osoba zakładająca taki temat musi odpowiadać na wszystkie pytania użytkowników. Ten pan nie narzekał na ich brak zwłaszcza, że w opisie wątku AMA wyjaśnił, że ma dwa penisy. Esio w sobie właściwy sposób opowiadał nam o tym nie omieszkawszy prezentować zdjęć. W ten o to sposób motywem przewodnim stał się człowiek o dwóch penisach.
Na koniec tego długiego opisu imprezy, która pochłonęła takie ilości jedzenia i napojów, że na koniec trzeba było zagryzać wódkę szynką, bo nic już innego nie było, opowiem jak Esio w dniu imprezy spalił kolejnego suchara:

– Ania, Ania! Mam genialnego suchara od Magdy. Posłuchaj:

Co wyszło Zeusowi w narko-testach?
Że Bierze!
HAHAHA!

– Nie rozumiem.

– No o to chodzi, że ten dowcip jest bezsensu.

Kilka minut później Ania czyta oryginalną wersję dowcipu od koleżanki:

Co wyszło Zeusowi w narko-testach?

Kategorie
Blog

Sztuka robienia zakupów we dwoje

Dziś będę operować stereotypami, więc z góry proszę o wybaczenie, ale wypisywanie przy każdym zdaniu, że nie wszyscy i nie zawsze jest bezsensu.
Z niewiadomych przyczyn większość mężczyzn nie lubi robić zakupów. Ot, takie ich dziwactwo. Oczywiście zasada ta nie dotyczy wszelkich gadżetów komputerowych, samochodów i często narzędzi.
Większość kobiet lubi ciągać na siłę swoich partnerów po sklepach. Ot, ich dziwactwo.
W efekcie zakupy zmieniają się w mękę dla obojga. Można złagodzić traumatyczny charakter tych przeżyć stosując kilka prostych sztuczek.
Przede wszystkim sposób w jaki wyciągamy swojego lubego ma podstawowe znaczenie. Nie możemy propozycji wspólnych zakupów przedstawiać jako wyjścia po buty, okazji do pobuszowania itd. O nie! Trzeba ją tak zaprezentować, żeby była dla mężczyzny prawdziwą okazją.
Poniżej przykład złej propozycji wspólnych zakupów:
“Kochanie pojedziesz ze mną w sobotę do Matarni? Chcę sobie kupić nowe buty.”
Efekt: w umyśle mężczyzny pojawia się wizja włóczenia się pomiędzy półkami i udawania, że dostrzega różnicę pomiędzy czółenkami, a szpilkami. I kurwa czy czółenko to nie jest taka indiańska łódka??
Prawidłowa propozycja wspólnych zakupów:
“Kochanie pojedziemy w sobotę do Matarni? W tym tanim sklepie obok Komputronika mają promocję na buty, które mi się podobały”
Efekt: Podkreślasz, że idziesz po buty, która masz już wybrane, są one tańsze, plus pojawia się okazja popatrzenia na turbowzmacniaczopędkościo gadżet do czegoś tam w Komputroniku!”
Kiedy już wzbudzimy w delikwencie chęć pójścia na zakupy musimy zadbać o jego rozrywkę. Ciągniecie go do sklepu z bielizną nie jest odpowiednią rozrywka, bo mężczyźni się peszą, a oczekując przed przymierzalnią są traktowani jak zboczeńcy, którzy próbują coś podejrzeć. Odpowiednią rozrywką będzie natomiast zwrócenie uwagi na wyjątkowo okazałe piersi kobiety stojącej obok. Dobrym pomysłem jest też obietnica nakarmienia partnera jakimś fastfoodowym świństwem, którego normalnie nie jecie, bo dieta, wałeczki, cellulitis, mięsień piwny itd.
Faceta ciągniemy do sklepu po to żeby nam doradził, w czym będziemy lepiej wyglądały. To tylko teoria. W praktyce ciągniemy go po to, żeby się pozachwycał nami już w sklepie i pomógł nam wybrać to, co i tak już wybrałyśmy. Niestety mężczyźni obdarzeni lepszą wyobraźnią przestrzenną od kobiet głupieją, gdy widzą ciuchy na wieszakach. Nie potrafią ich sobie właściwie wyobrazić na kobiecie. Zresztą nawet nie próbują zajęci myśleniem kiedy będą mogli zjeść obiecanego frytokebaba albo pójść pooglądać nowe wiertła do wiertarki. Dlatego o opinie trzeba się pytać dopiero, jak się coś przymierzy. Jeżeli zastanawiasz się nad kilkoma wzorami ubrania i chcesz żeby twój luby pomógł ci wybrać to już nie chcesz. Wybierze, którykolwiek model i do tego akurat ten, który najbardziej ci poszerza dupę.
Ważną zasadą zakupów z partnerem jest konsekwencja. Tzn. jeżeli wyciągnęłaś go sprzed telewizora żeby kupić buty to przynajmniej jedną parę musisz kupić. Jak kupisz tylko 2 sukienki, 3 pary spódnic, 1 sweterek i spodnie, a nie kupisz butów to będzie ci wypominał. Oczywiście całą resztę też będzie ci wypominał, ale przynajmniej do butów się nie przychrzani. Po czym pójdziecie do cholernego hipermarketu budowlanego po wiertla, a wrócicie z nową wiertarką, kompletem kluczy i super markową deską do testowania ostrości wierteł (true story).
W przeciwieństwie do twoich nadprogramowych zakupów, jego będą uzasadnione, bo przecież nie da się zrobić dziury w ścianie tępym wiertlem, a co ci po wiertłach jak już wiertarka ledwo zipie, no i ta deska do testowania to nowy standard, facet w sklepie polecał…
I taki człowiek potem będzie twierdził, że nie rozumie dlaczego potrzebowałaś do nowych butów, nowej torebki, paska i spodni, które były w komplecie z paskiem. Pamiętaj jednak, że jeśli chcesz by następnym razem znów pojechał nosić za tobą torby z zakupami i chwalił te stroje, które ma, rób to samo:)
Lecę zapytać się Pysia czy pojedzie ze mną po torebkę, bo mają wyprzedaż w tym sklepie obok Leroy Merlin, ale chyba najpierw mu powiem, że tę latarkę z jakimiś super magicznymi funkcjami, która mu się tak podobała, to sąsiad kupił właśnie w Leroy Merlin 😀

Kategorie
Blog

Za biedni na postanowienia noworoczne… (by Esio)

Zawsze pod koniec roku mam wrażenie, że zaraz będzie nowy, lepszy rok (nie mylić z Roko, ani tym bardziej z Rocco), w którym w końcu uda mi się zrealizować moje postanowienia noworoczne.
W tym roku prawie się udało, a dokładniej udało się w 89%, co można zinterpretować na dwa sposoby:
* jestem leniwą ciotą, bo mi się nic nie chcę
* nic mi się nie chcę, bo jestem leniwą ciotą.
Jednak w tym roku się uda, to pewne i postanowione, uda się na pewno i dlatego wymyśliłem sobie 12 postanowień noworocznych. Dlaczego 12? Ano dlatego, że 12 prac Asteriksa, 12 jeźdźców apokalypsy i ogólnie apostołów też było 12, poza tym dwunastka zawsze na propsie.
Postanowienie numer jeden: Nie będę jarał tych obrzydliwych szlugów.
Jak każdy wie palenie ma tylko jedną zaletę, jest po prostu zajefajne, palenie do piwa, palenie po bieganiu, w czasie jazdy na rowerze, ogólnie palenie jest uber i smak dobrej fajki i w ogóle… Jednakże palenie jest złe i drogie i obrzydliwe, dlatego trzeba rakowe pałeczki rzucić… 🙁
Postanowienie numer dwa: Zrobić jednego dnia 100km na rowerze.
To będzie jedno z trudniejszych, mianowicie nie mam roweru, ale jak to mówią złej baletnicy coś tam.
Postanowienie numer 3: Zrobić stronę, która na reklamach miliony monet zbierze.
To chyba bez komentarza, wiadomo każdy chce mieć Audi Q5, ewentualnie A5 lub S5. Ja akurat chciałbym S5, ale jako, że nie mam strony, która na reklamach zarabia mam Mondeo… Kombi… 90 ryczących koni mechanicznych w dieslu…
4: Nauczyć się jakiejś fajnej nowej technologii do pracy.
5: Coś tam technicznego, patrz wyżej, ewentualnie złapać jeti, udomowić i kazać mu zjeść moich wrogów.
6: Po ungliszu spik łell bigos maj inglish iz not fluent unfortunetly… 🙁
7: Przebiec 750km, w tym maraton.
Wiadomka, teraz jako że palenia nie będzie, to podbijam poprzeczkę. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i nie umrę na 30 kilometrze, to powinno być spoko loko. O tym, jak zajebiaszczym i najlepszym na świecie sportem jest bieganie, napiszę osobną notkę, bo wypada.
8: Naumieć się Javy.
Skończyła mi się pamięć, nie wiem co napisać… Ewentualnie można nauczyć się programować w Javie, żeby napisać program do łapania jeti.
9: Do huty jeździć na rowerze codziennie.
Do tej pory było 3 razy w tygodniu, a jako, że po sporcie lepiej się pracuje to warto chyba. Jeżeli lepiej się pracuje to jest lepiej i w ogóle, świat jest lepszy.
10: Nie pić gazowanego gunwa ani nie jeść śmieciowego żarcia.
To jest trudne, bo śmieciowe żarcie jest kul, szczególnie z XL burgera, dostawa do ryja gratis…
11: Robić wszystkie rzeczy do zrobienia natychmiast.
Czyli najpóźniej następnego dnia, ewentualnie w ciągu dwóch tygodni, albo do końca kwartału. To postanowienie jest bardzo ważne. Każdy musi mieć postanowienie takie, które się nie uda. Wiem, że to się nie uda, nie jestem w stanie tego dokonać, przykro mi. Nawet ja nie jestem idealny…
12: Ważyć poniżej 90kg.
Jak się uda wymaratonić to nie powinienem być grubą świnią enymor.
Jak widać cele szlachetne i godne jak przystało na postanowienia. Uważam, że każdy postanowienia powinien mieć, a jeżeli nie chce to powinien mieć postanowienie, żeby mieć postanowienie albo dwa, najlepiej tak jak ja, całe okrągłe 12. 🙂

Kategorie
Blog

5 powodów, dla których nie mogę dziś ćwiczyć

Kochane leniwe buły,
dzisiejszy wpis dedykuję Wam. Mam szczerą nadzieję, że zapoczątkuje on całą serię. Dlatego proszę o podsyłanie Waszych propozycji. Wklejcie je w komentarzach, prześlijcie na e-maila lub gołębiem pocztowym. Razem stwórzmy niepowtarzalny spis wymówek tak, aby każda leniwa buła, gdy zabraknie jej inwencji, mogła tu zajrzeć i skorzystać z gotowych rozwiązań. To będzie szczyt leniwobulstwa! Być tak leniwym, żeby nawet się nie chciało wymyślić własnej wymówki.

ćwiczyć

A teraz pierwsze 5 powodów, dla których nie ćwiczyłam:

1. Nie mam czystych skarpetek przed kostkę. – Przecież nie będę ćwiczyła w zwykłych, bo to tragicznie wygląda do krótkich spodenek, a jest za ciepło na długie dresy.

2. Słyszałam historie o kolesiu, który całe życie regularnie ćwiczył i umarł! – Hm.. czyżby ćwiczenia mu zaszkodziły? Nie ma co ryzykować.

3. Tak obżarłam się pizzą, że nie dam rady wstać z kanapy. – lepiej odczekać. Pizza ma ponad 1000 kcal, a leżąc spala się trochę ponad 70 kcal na godzinę, więc spalę to dopiero za kilkanaście godzin, ale wtedy będzie już rano i trzeba będzie iść do pracy.

4. Pies zjadł mi karnet na siłownię. – nie mam psa, karnetu na siłownię od kilku miesięcy też nie uaktualniałam.

5. Byłam dziś na zakupach w galerii handlowej. – 2,5 godziny biegania po sklepach – porcja ćwiczeń na dziś ewidentnie zaliczona. Kurde, trzeba było endomondo odpalić…
OSTRZEŻENIE:
Przed wykorzystaniem wymówek skontaktuj się z trenerem.
Zalecana dawka: 2 wymówki na tydzień.
Przekroczenie zalecanej dawki grozi niekontrolowanym przyrostem tkanki tłuszczowej i spadkiem satysfakcji z życia seksualnego (obojga partnerów).

Kategorie
Blog

Jak wytresować partnera

Jeżeli chcesz wiedzieć jak wychować partnera to trafiłeś w idealne miejsce. Tu poznasz odpowiedź na dręczące Cię pytanie: jak sprawić by nasz ukochany/ukochana stał się taki, jak sobie wymarzyliśmy. Wbrew pozorom odpowiedz na to pytanie nie jest trudna.

Nie da się. Po prostu się nie da. Człowiek to nie zwierzę, do cholery! Chcesz kogoś tresować to idź wytresuj siebie żeby zimne piwo z lodówki przynosić, a nie oczekiwać sztuczek na pstryknięcie palcami.

Jak nie pasuje Ci jakieś zachowanie tej drugiej osoby to, to powiedz. Oczywiście możesz też rzucać subtelnymi aluzjami i prowadzić wielodniowe gry psychologicznie, będzie mniej skutecznie, ale za to zabawniej. Nie myśl jednak o wychowywaniu drugiego człowiek pod Twoje wyobrażenie. Ma on swoje wady i zalety. Taki już jest. Nie myśl: „oduczę go wpychania brudnych skarpet pod kanapę i będzie idealny”, „nauczę ją podawać obiad, jak wrócę z pracy i będzie wymarzoną żoną”. To tak nie działa.

Jeżeli wchodzisz w poważny związek z kimś (ślub, wspólne mieszkanie, czy co dla kogo jest miarą związku „na serio”) i planujesz wspólną wieczność lub przynajmniej kilka lat, to zakładam, że znasz wady i zalety tej osoby. Jeżeli nie, to chyba za szybko zdecydowaliście się na ten krok. Nie można deklarować chęci spędzenia wspólnego życia z zastrzeżeniem, że ta osoba zmieni to i to.

jak wychować partnera

Dostaję białej gorączki, gdy słyszę, “myślałem/am, że po ślubie to się zmieni”. Ale dlaczego tak myślałeś/myślałaś? Mieszkaliście 3 lata ze sobą i nagle się dziwisz, że on 2 razy w tygodniu lata do kumpla pograć na konsoli, albo ona rozwala pół wypłaty na ciuchy. Skoro taki miał/miała zwyczaj wcześniej to dlaczego nagle ma się zmienić?

Człowiek nie składa się z klocków lego, z których można wybrać najlepsze elementy i złożyć sobie idealnego partnera, który będzie miał talent kulinarny mamusi, ciało ulubionej aktorki i inteligencje Justyny, z którą się spotykałeś w 2 klasie liceum, ale rzuciła Cię żeby odnaleźć się duchowo. Co zresztą Ci nie przeszkadzało, bo się roztyła i, i tak już nie chciałeś się z nią pokazywać publicznie.

Oczekiwanie, że obrączka ślubna lub klucz do wspólnego lokum to czarodziejska różdżka to jakaś paranoja. Do człowieka można mieć pretensje, że się zmienił po ślubie, a nie że dalej jest taki sam. Oczywiście zmiany są nieuniknione, ale to raczej subtelny proces wynikający z dojrzewania partnera i pojawiających się nowych obowiązków, a nie nagła rewolucja.
Ludzie często mówią: „dlaczego nie możesz być jak :
– dziewczyna Stefana – ona nie robi mu awantur o sesje na peesce”;
– twój kolega Tomek, on cały czas kupuje Paulinie drogą biżuterię”;
– moja mamusia – ona zawsze mi robiła kanapki do pracy bez skórki”.

Chcąc, żeby nasz partner miał cechę innej osoby, zapominamy, że osoba stawiana za wzór ma też swoje wady, które dla nas mogą być wręcz odpychające.

Dziewczyna Stefana, nie krzywi się jak on wiecznie gra na konsoli, ale za to daje mu tylko od święta, Chcesz tego?

Tomek kupuje dziewczynie drogie prezenty, za każdym razem jak ona przyłapie go na zdradzie. Czy za parę kolczyków, byłabyś w stanie wymazać z głowy obraz asystentki klęczącej przed nim?

Argument z mamusią, tatusiem zawsze jest inwalidą, więc nawet nie wysilę się na komentarz. Opowiem Wam za to historię zasłyszaną od koleżanki:
Była sobie para. Wzięli ślub. Zbyt długo wcześniej nie mieszkali ze sobą, więc nie wszystkie swoje zwyczaje znali. On wcześniej mieszkał z rodzicami, ona nie wiem, i nie jest to dla tej historii istotne. W jego domu rodzinnym zawsze były placuszki, które mamusia smażyła co drugi dzień, żeby w miarę świeże były. Po ślubie on domagał się dalej tych placuszków od żony. Początkowo ona myślała, że on żartuje i olała jego prośby. Potem stwierdziła, że raz na jakiś czas może mu te placuszki zrobić, bo co jej szkodzi, ale nie. On musiał mieć placuszki codziennie, żeby je po obiedzie podjadać. Koniec i kropka. Ona ma mu robić te placuszki. Z pomocą przyszła jego mamusia, która go ratowała placuszkami od czasu do czasu, psiocząc na tę straszną żonę, która nie chce mu placuszków smażyć. Koniec, końców skończyło się rozwodem. Owa koleżanka moja, mówiła, że rozwódka, nawet nie potrafiła podać konkretnego powodu, tylko te placuszki cholerne, od których zaczynały się i na których kończyły wszystkie ich kłótnie.

Placuszki to taka mała dygresja, ale zmierzam do tego, że nie możemy oczekiwać, że nasz partner będzie miał same zalety i żadnych wad. Zanim porównasz swoją drugą polówkę, do kogoś innego spójrz na tę osobę szerzej. Czy naprawdę chciałbyś żeby Twój partner był taki jak ta osoba? Pamiętaj, że “taki jak” obejmuje też wady.

A teraz sentymentalna puenta: Ludzi się nie kocha za to co nam dają, jacy są, ale pomimo tego jacy są.

Głupie to, ale mój Pyś jest prawie ideałem (w przeciwieństwie do mnie), a wpychanie skarpetek pod kanapę mu przeszło. Bynajmniej nie dlatego, że udało mi się go zmienić, a dlatego, że zmieniliśmy kanapę i pod nową skarpetki się nie mieszczą. (Tu następuje złowieszczy, triumfalny śmiech).

Kategorie
Blog

„Noszę płyn do prania na trening” – czyli reklama jest idiotką

Mój tata zawsze mówił, że kobiety powinny zebrać się i pozwać twórców reklam telewizyjnych za robienie z nich idiotek. Z biegiem lat słowa te nie straciły na prawdziwości, a wręcz przeciwnie.

Gotuję obiad w kuchni (gdzie zdaniem niektórych jest moje miejsce), w salonie gra telewizor. I nagle słyszę radosną muzyczkę. “Oho reklama nowej Barbie” – pomyślałam. Zaglądam do pokoju, a gdzie tam – reklama podpasek. I kilka szczęśliwych młodych kobiet: tańczą po mieście i biegają, śmieją się w około. Patrząc na nie pomyślałam – nienormalne. Czy naprawdę twórcy reklam środków dla kobiet nie są wstanie zauważyć, że mentalność kobiety zmienia się w okresie od “czasu barbie” do czasu “o nie, tylko nie plama na ulubionej spódnicy”. O ile urocza cukierkowa radość w reklamie blond laleczki jest uzasadniona i wręcz oczekiwana, to w reklamie podpasek jakoś aż razi. Rozumiem, że ma pokazywać jak bezstresowo można przeżyć te dni, jeżeli zdecydujemy się na zakup produktów tej marki z super skrzydełkami, których by się Batman nie powstydził, ale jak dla mnie reklama sugeruje że są one nasączone jakimś środkiem pobudzającym i wywołującym halucynacje (różowe i puszyste).

reklama

A reklamy środków czystości? Noszenie płynu do prania w kopertówce (dla panów: kopertówka to taka mała torebeczka noszona najczęściej do wieczorowych sukienek) to już klasyka absurdu.

Kolejnym typowym schematem reklamowym jest biedna matka, która nie może doprać ubrań dzieci po treningu, meczu czy wyprawie do lasu. Nie może doprać BIAŁYCH ubrań. Serio, ile znacie matek, które na spacer do lasu lub zabawę w błocie ubiorą swoje 4-5 letnie dziecko całkowicie na biało? Każda rozsądna matka wybierze bardziej odporny na plamy strój. Obraz nierozsądnej matki pogłębia się jeszcze bardziej, gdy oglądamy reklamy środków czystości i uświadamiamy sobie, że one prawie nigdy się nie dziwią jak w ich domach pojawia się obcy człowiek z akurat potrzebnym środkiem. Skąd on się wziął? Skąd wie, że nie mogę domyć blachy po karkówce??? Myślicie: STALKER! I niczym w horrorze chcecie krzyknąć: UWAŻAJ, ale ona nie słucha… Wpuszcza go do domu i powierza swoje brudy… dosłownie.

Moim osobistym hitem pokazywania kobiet w nienajlepszym świetle jest reklama, w której kobieta rozmawia z margaryną planując posiłek i przyłapuje ją na tym córka. Dziewczynka nawet nie jest zdziwiona, tylko z pobłażliwością komentuje, że mama znów rozmawia z margaryną. WTF? Co to ma znaczyć? Nie wiem jak u Was, ale u mnie w domu rozmawianie z margaryną nie uchodziło za wzór normalności. Co innego kłócenie się z telewizorem, to akurat standard.

reklamaA te wszystkie zdolne inaczej śliczne kobiety, które nie potrafią nawet wody się napić, żeby się nie oblać?

A zauważyliście te pierdoły, które nie umieją ust umalować, żeby im się szminka na ryju nie złamała?

Kobiety są przedstawiane w reklamach najczęściej jako tępe dzidy albo seksi lalunie, czasem jako tępe lalunie – to już prawdziwe combo! Absolutnie nie mam nic przeciw seksi laluniom, ale dodanie im inteligencji chyba nie zaszkodzi.

Niestety obraz ten szybko się nie zmieni. W reklamie telewizyjnej (jak w każdej reklamie) ważniejsze jest żeby kobieta ją oglądająca zapamiętała, że TEN proszek spiera błoto z białych ubrań, niż żeby matka piorąca była odzwierciedleniem kobiety z cieniem inteligencji. Pewnie można połączyć jedno z drugim, ale po co, skoro łatwiej działać schematycznie. Tylko czy łatwiej znaczy skuteczniej? W przypadku płynu do prania noszonego przez kobiety ze sobą wszędzie, wyciąganie go zza pazuchy w najmniej oczekiwanym momencie stało się jego znakiem rozpoznawczym. Chyba czułabym się zawiedziona, gdyby ten motyw nie pojawiłby się w jego reklamie. Co do wszelkich innych reklam środków czystości, zwłaszcza tych ze stalkerami, nie pamiętam jaką nową super formułę miał ten płyn czy proszek, ani nawet nazwy produktu. W moim wypadku schematy zawiodły, ale co ja tam wiem, ja rozmawiam z margaryną.

Kategorie
Blog

Scraps kitchen: cukinia+feta

Podobno dla dobra portfela warto planować obiady na kilka dni. Absolutnie sie z tym nie zgadzam. Lepiej planować z dnia na dzień, zgodnie z zasadami kuchni zwanej przeze mnie Scraps kitchen. Wyjaśniając jej założenia w jednym zdaniu: polega ona na przyrządzaniu potraw z tego co zostało z dnia poprzedniego i z innych składników, które zajdziemy w lodówce. Daje to nie tylko odetchnąć budżetowi, ale może dostarczyć też wiele frajdy. Takie wymyślanie jak smacznie wykorzystać to, co zostało, nie zawsze jest łatwe. Jeżeli nie mam sama pomysłu jak spożytkować składniki szukam inspiracji w Internecie, zwykle miksując kilka gotowych pomysłów. Przepisy, które w ten sposób powstają nie zawsze są może super odkrywcze, ale za to zapobiegają marnowaniu sie jedzenia. Oczywiście zdarzają mi się nietrafione pomysły, ale te należą do rzadkości, ku zadowoleniu Pysia, który podobnie jak ja uwielbia jeść, a wszelkie niedobre potrawy jakie próbuję mu wcisnąć taktuje jak zamach stanu.

Chciałabym się z Wami dzielić takimi pomysłami, jak ten z wykorzystaniem kukurydzy lub groszku z puszki i zmiksowanie z tego „pseudo zupy„. Będzie to miało formę krótkich wpisów,, w których będę przedstawiać: jakie produkty mi zostały, co do tego dołożyłam i co z tego wyszło.

cukinia

W zeszły weekend urządzałam małego grilla, na którego Dobrowolska przygotowała żółtą cukinię. Żółta cukinia z grilla to jest mistrzostwo świata i smak zielonej nijak ma się do niej. Niestety sezon na żółtą jest krotki, więc trzeba ją wykorzystywać maksymalnie. Tym razem się nie udało i zostało kilkanaście plasterków, co gorsza zamarynowanych już, wiec nie mogłam ich przerobić na zupę, bo przyprawy, w tym ocet balsamiczny, nie współgrały mi z moją ukochaną zupą z cukinii.

Zostało mi też pól kostki fety, która nie zmieściła się w sałatce. Takie składniki aż prosiły się o przerobienie na zakąski z ciasta francuskiego. Wyjęłam więc z lodówki gotowe ciasto francuskie, które mam prawie zawsze na stanie. Kupuje je w Biedronce, bo najładniej wyrasta i jest najmniej problematyczne.

Posypałam je bułką tartą dzięki, której ciasto nie jest takie mokre, po obłożeniu cukinią, bo bułka wchłania część soku (trik zagapiony od Dobrowolskiej).

Na ciasto ułożyłam cukinię, w równych odstępach i dopiero pociełam na prostokąty, tak aby na każdym był plasterek, dwa cukinii. Na koniec położyłam plasterki fety i wsadziiłam na 10 minut do piekarnika nagrzanego do temperatury 200 stopni.
Co miałam:
żółta cukinia – Kilkanaście plasterków zamarynowanych w oliwie, occie balsamicznym i przeróżnych przyprawach.
ser typu feta – ok. pół kostki
Co dołożyłam:
ciasto francuskie – opakowanie
bułka tarta – odrobina
Co wyszło:
cukinia

Protip: cukinia musi być cieniutko pokrojona, prawie na przezroczyste plasterki, żeby upiekła się w 10 minut. Grubsze trzeba przed położeniem na ciasto podpiec kilka minut.

Tak jak pisałam na wstępie, w przepisach w stylu Scraps kitchen nie ma zbyt wielkiej filozofii kulinarnej, ale jest za to filozofia oszczędzania. Uważam, że niezależnie od stanu portfela jesteśmy za biedni na marnowanie jedzenia. Maksymalne wykorzystanie żywności, którą kupuję to dla mnie nie tylko kwestia oszczędzania co, pisząc nieco pompatycznie, moralności. Od takie mam zboczenie, że jak wyrzucam jedzenie, które można było jakoś wykorzystać to czuję sie jakbym strzelała do jednorożców, a kto by chciał sie tak czuć? Voldemorta już nie ma, więc prawidłowa odpowiedź brzmi NIKT, to przecież jednorożce!

Gdybyście mieli ochotę to podeślijcie składniki jakie Wam zostają w kuchni postaram się zaproponować jakieś przetworzenie, albo sami podrzućcie Wasze pomysły na wykorzystanie resztek z obiadu.

Kategorie
Blog

Szatan, dieta i pomidory – czyli czego tu szukacie

Ponieważ niezmiennie zaskakują mnie hasła wpisywane w Google i innych wyszukiwarkach, które Was ściągają tutaj, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma dość zaskakującymi. Zachowałam pisownie oryginalną i podlinkowałam miejsca do jakich te hasła Was doprowadziły:

hasła

jakie dobre kalosze z Decathlonu dla mężczyzn – w Decathlonie nie ma kaloszy, wszystkie ukradli hipsterzy

kiedy ona zrywa zareczyny – mam nadzieję, że po przeczytaniu tego tekstu poszukujący odpowiedzi kupił drugą kołdrę 😉

Słowo dieta wymysłem szatana – popieram! Chociaż akurat doprowadziło to do tekstu Esia o pomidorach.

sushi przy raku prostaty – chyba najbardziej zaskakujące i smutne, ale jakimś cudem znów ma związek z tekstem o pomidorach i gotowaniem.

po czym poznac ze jestes gruba – to akurat nie jest zaskakujące w kontekście tego tekstu, ale strasznie mnie ucieszyło, że mogłam pomóc 😀

Jak będziecie wola w narodzie, to niedługo dorzucę kolejny spis.

Kategorie
Blog

Zaciskanie paska na portfelu

Oszczędzanie jest cholernie trudną sztuką. Nie tylko dlatego, że w okół tyle pokus, ale również dlatego, że łatwo może przerodzić się w skąpstwo. W tekście o pułapce oszczędzania pisałam, że oszczędzać najczęściej musza ci, którzy nie mają z czego. Ci którzy nie muszą, ale to robią są posądzani o skąpstwo. Ja jednak jestem zdania, że tam gdzie można tam warto, będzie więcej na burgery 😉 A gdzie warto? O tym trochę poniżej.

Co do oszczędzania na butach już o tym rozmawialiśmy. Co prawda komentarze pod wpisem o reklamacjach mocno mnie nastraszyły, ale nie na tyle żebym zaczęła się rzucać tylko na markowe buty za pieniądze, które pozwoliłyby grupie młodzieży imprezować cały weekend. Wszelkie próby przekonania mnie, że warto inwestować w buty za kilkaset złotych i więcej, bo są lepszej jakości jest bez sensu. Jeżeli nie masz potrzeby, ani funduszy żeby kupować najnowsze fasony to poluj na buty w outletach lub na wyprzedażach. Sama ostatnio kupiłam boskie, zamszowe szpilki z poprzedniego sezonu za niecałe 80 zł. Nie sądzę żeby były wykonane gorzej niż te kilka lub kilkanaście razy droższe. Szukając kiedyś butów, na jakąś szczególną okazję, zeszłam sporo sklepów. Z uwagi na to, że okazja była ważna, a butów szukałam w dość uniwersalnym fasonie, żeby nie były jednorazowe, postanowiłam wydać więcej i poodwiedzać droższe sklepy. To, że w wielu nie podobały mi się fasony to inna kwestia, ale buty te nie prezentowały się lepiej niż, te z sieciówek, które też były wykonane ze skóry. Skoro mamy porównywać to jednak buty z tego samego materiału. W jednym z takich „droższych” sklepów trafiłam nawet na buty ze śladami kleju przy obcasie… Kolejny przykład to buty do biegania. Sama preferuję inne aktywności, ale opieram się na opiniach tych, którzy biegali „zanim to było modne„. Zgodnie z nimi, zanim się spłuczecie na najważniejszy sprzęt do uprawiania tej dyscypliny, poczytajcie opinie o butach np. z Lidla.

Ubrania! To jest największe pole do popisu w oszczędzaniu, chociaż najtrudniejsze. Dlaczego najtrudniejsze? Bo pomimo zaciskania pasa (lub paska), chcemy wyglądać świetnie, a to przy skromnym budżecie sztuka. Tyle razy słyszy się marudzenie hejterek na temat szafiarek, że gdyby te hejterki było stać na te same ubrania to też by tak wyglądały, bo przecież te szafirki większość za darmo dostają i mają kupę kasy do roztrwonienia na resztę. Po pierwsze sporo z nich zaczynało od takiego budżetu na ubrania, jak ich obecne antagonistki i jakoś wtedy też ubierały się lepiej. Po drugie podejrzewam, że gdyby któraś z tych ociekających markowymi dodatkami dziewczyn, dorwała się do szafy hejterki i ubrała w to, co w niej znajdzie to wyczarowałaby równie zjawiskowe stroje. Teraz hejterki wyciągają z szafy argumenty w stylu: „z ich figurami to we wszystkim się dobrze wygląda”. I znów: po pierwsze to nie. Można zarówno wyglądać źle z piękną sylwetką, jak i fantastycznie z tą odbiegającą od popularnych ideałów. Po drugie: co stoi na przeszkodzie żeby zadbać o swoją figurę?

Ba! Utrzymanie ładnej sylwetki (szczupłej, lub innej, która Ci odpowiada) to kolejny sposobów na oszczędzanie na ubraniach. Jeżeli trzymasz się tego samego rozmiaru, to nie musisz co chwile inwestować w nowe ubrania. Oczywiście „trzymasz się” należy rozumieć, nie jako “mieścisz się”, a jako “dobrze wyglądasz” (o różnicy przeczytasz tutaj). Taniej jest zmieniać ubrania jak się zużyją lub wyjdą z mody, niż jak się z nich “wyrośnie”. Nawet jednak wtedy można oszczędzać na ubraniach, dając im drugie życie. Można je sprzedawać na popularnych portalach aukcyjnych, czy na lokalnych forach, lub w coraz to popularniejszych grupach tematycznych na Facebooku. Ciekawym sposobem na zaoszczędzenie kilku groszy na ubraniach jest udział w tragach wymiany. W umówionym miejscu zbierają się osoby, które chcą się pozbyć części ubrań i te, które chcą nabyć nowe. Czasem obowiązują zasady, zgodnie z którymi można tylko wymieniać ubrania za ubrania, lub ustala się stałą cenę za ubranie np. 10 zł za sztukę. Poszperaj, może w Twojej okolicy odbywają się takie spotkania, a jak nie to może warto coś takiego zorganizować? Takim imprezom nie sprzyjają niestety takie zwyczaje jak: chomikowanie i podejście “schudnę do tych białych, letnich spodni” (po czwartym roku to już nawet nie śmieszy).

window-213496

Jeżeli chcesz kupować tanio ubrania musisz zamienić się w myśliwego. To jest prawdziwe polowanie. Często trzeba sporo poszperać na półkach i wieszakach żeby znaleźć najbardziej atrakcyjne, wizualnie i cenowo, okazy. Dotyczy to zwłaszcza sklepów z używaną odzieżą i wyprzedaży (kilka porad na temat wyprzedaży serwowała Wam kiedyś Dobrowolska: tutaj). W morzu badziewia trzeba umieć wypatrzyć perełki. A do tego potrzebne jest świetne oko. Nie chodzi mi przy tym tylko o dobry wzrok, ale i o wyobraźnię, taką specyficzną – ubraniową. Opiera się ona częściowo na tzw. wyobraźni przestrzennej, ale jest znacznie rzadszym darem i polega na umiejętności wyobrażenia sobie zwykłego, nieatrakcyjnego kawałka materiału w genialnych stylizacjach. Do własnie dzięki tej cesze szafiarki potrafią z prostych ubrań wyczarować oryginalne stroje i sprawić, by ten sam T-shirt nabrał innego charakteru w każdej stylizacji.

Żeby naprawdę oszczędzać na ubraniach trzeba to robić z głową Nie wystarczy kupować tanich ciuchów w okazyjnych cenach. Trzeba kupować te, które nie zeszmacą się po jednym praniu. Najważniejsze jednak to kupować tylko te, które będziemy nosić. Niby oczywiste, ale nie do końca. Przed zakupem trzeba zadać sobie ważne pytanie z czym i gdzie będę mogła to zaprezentować? Jeżeli trudno nam wmyślić kilka zestawów ubrań, do których możemy ubrać daną rzecz to nie kupujmy jej. Jeżeli nie potrafimy sobie wyobrazić kilku konkretnych sytuacji, w których mamy na sobie te zestawy, nie kupujmy tej rzeczy. “Kupię tę sukienkę do tych butów i na tę imprezę” to za mało. Niech chociaż ze 2 pary butów do niej pasują i chociaż 3 sytuacje. Strategię “to tylko 20 zł, kupię tę koszulkę do chodzenia po domu”, dla dobra portfela, też radzę odrzucić. Prowadzi ona w prostej linii do “Nie mam się w co ubrać, a do tego szafa mi się nie domyka”. A przecież we wszystkim tym chodzi o to, żeby szafa się domykała, ubrania dopinały, tak jak budżet na nie.

Kategorie
Blog

Jestem blogerem??

Dłubiąc w nowym wyglądzie bloga miałam czas, żeby się zastanowić nad tym “who da fuck is bloger”?

Ja jestem blogerem (ewentualnie blogerką jak jest ktoś bardzo wygenderyzowany)

To znaczy kim? Tzn. osobą prowadzącą bloga.

To najkrótsza i najlepsza definicja jaką mogę wam przedstawić. Wszelkie próby jej skonkretyzowania dotyczą oceny tego czy jest się dobrym, czy złym blogerem (poczytnym, wpływowym itd.)

Kasiulek, lat 13, opisująca swoje szkolne miłości na blogspocie też jest blogerką, ale czy dobrą? To nie ma znaczenia dla konstruowania definicji. Nie ma znaczenie ile ma wyświetleń, ani ile osób kupi błyszczyk malinowy nowej firmy jeżeli ona go poleci. Znaczenie ma to czy ona prowadzi bloga.

Prowadzi: czyli pisze, mniej lub bardziej regularnie. A ile? Ten aspekt blogowania jest bardzo rozmyty. Bo czy jeden post czyni kogoś blogerem? Nie bardzo. A 30? Już chyba tak. Gdzie w takim razie jest granica? 5 postów? 10? Nie nam pojęcia i wcale nie potrzebuję go mieć żeby określić czy jestem blogerką czy nie 🙂

Bo mając na liczniku 3 posty mogłabym się nazwać początkującą blogerką, ale wciąż blogerką. Mając tylko kilku czytelników będę mało popularną blogerką, ale dalej blogerką. Itd.

A co to jest blog? I to moja definicja znów się sypie. Bo znalezienie dobrej definicji bloga jest jeszcze większym cudem niż to, że tramwaje przyjechały o czasie i te 5 minut z zapasem na przesiadkę wystarczyło (zwykle ten, którym jedziesz się spóźnia, a ten, na który chcesz zdarzyć odjeżdża wcześniej).

Blog można określić jako rodzaj personalnej strony internetowej, na której autor publikuje jakieś własne treści. Określenie jakie to treści wkracza w kategorie blogów. Mogą to być np.: zdjęcia, recenzje książek, poradniki, czy to z czym często się kojarzą osobom nie związanym z blogosferą blogi, pamiętniki. Kiedyś bloga można było czasem poznać po tym, że w adresie było słowo blog lub określenie platformy, na której bloger umieszcza swoje wypociny (blogspot, bloog), teraz często bloger siedzi na własnej domenie. Ba! Dodatkowo powstały całe zastępy serwisów umożliwiających blogowanie jak wykop, facebook czy twitter. Taaaak. Piszesz na facebooku na swojej tablicy jakiś status? Wrzucasz suchara na wykopie?

Gratuluję jesteś blogerem! A to czy dobrym, poczytny czy wpływowym, to tylko kwestia oceny.

Pozdrawiam Was Braci i Siostry Blogerzy,

Kategorie
Blog

Jak spędzić Walentynki żeby nie znienawidzić partnera

anniversary-17549_1920“Walentynki to komercha, zachodnia moda itd.”

“Tylko Ci, którzy nie mają z kim ich spędzać narzekają na Walentynki itd.“

“Powinniśmy sobie codziennie okazywać miłość, a nie tylko w jedne dzień itd”

Bla, bla, bla.

Kiedy przekopaliśmy się już przez morze konstruktywnych argumentów za i przeciw Walentynkom i ustaliliśmy, że warto je obchodzić, przejdźmy do tego, jak należy je spędzać z druga połówką, żeby przed, w trakcie i po zakończeniu święta miłości nie mieć ochoty zaj@#$ć partnera wędzoną makrelą 🙂

Przede wszystkim należy omijać restauracje i inne przybytki, które zgromadzą tłumy zakochanych, jak kino czy lodowisko. Będzie tam pełno zakochanych par, obsciskujących się na każdym kroku, co wcale nie dodaje romantyzmu Twojej randce, tylko wręcz przeciwnie. W końcu wytwarza się atmosfera niezdrowej rywalizacji pod tytułem „kto jest bardziej zakochany”. Dziewczyny zaczynają warczeć na swoich facetów żeby głośniej całowali, bo ta ruda dziuni i jej amant ich zagłuszają. Koszmar!

Żeby tego uniknąć można przełożyć obchodzenie Walentynek na inny dzień, co w sumie mija się z celem, bo 14 lutego i tak pojawi się presja miłosnej atmosfery i coś mniej walentynkowego trzeba będzie zrobić. Nawet jak macie ulubioną restauracje, którą zawsze odwiedzanie na wszelkie okazje, omińcie ją szerokim łukiem! Lepiej zostawić ją na taką okazję jak rocznica (ślubu, związku, pierwszego bzykanka). Są szanse, że reszta świata nie obchodzi w tym czasie swoich rocznic i będziecie mogli w pełni delektować się Waszym ulubionym miejscem.

Warto zrezygnować też z prezentów w tym dniu (no może nie całkiem, jakiś zielony badyl jest zawsze mile widziany), bo ich wybieranie tylko zwiększa poziom stresu i zwykle ciężko znaleźć coś, co nie ocieka tandetą. Lepiej skupić się na tej drugiej osobie i zrobić dla niej miłe rzeczy. To powinien być dzień dla Was, ewentualnie wieczór, jak ktoś pracuje w urzędowych godzinach:P

Oszukajcie system i zamówcie jedzenie z ulubionej knajpy do domu, obejrzyjcie po raz setny ulubiony film. A jak macie ochotę to siedźcie w dresach karmiąc się na wzajem ulubionymi chipasmi. Po prostu zróbcie razem coś, co lubicie robić wspólnie, ale ni cholery nie macie czasu. Jak macie niezły staż na liczniku, możecie wrócić do korzeni, przypomnieć sobie jak spędzaliście czas na samym początku, na etapie szczenięcego zakochania. Skupcie się na sobie, nie na zakupach, nie na robieniu prania, a na wspólnym czasie.

Pamiętajmy jednak, że Walentynki są bardziej dla kobiet niż mężczyzn (j@#$ać równouprawnienie). Niestety, ale to facet musi się postarać o to by było romantycznie i kupić symbolicznego badyla, o którym już wspomniałam. Nie ważne jak byście się buntowali, to rzeczywistości dla Was nie zakrzywię. Tak jest i koniec. Rolą kobiety w tym dniu jest najczęściej się wystroić i nie marudzić.

W ramach życiowej sprawiedliwości od kilku lat, miesiąc po zwykłych walentynkach, obchodzi się męskie walentynki nazywane “steak and blowjob day”. Jak je obchodzić chyba nie muszę wyjaśniać 😉

Kategorie
Blog

Nie proś znajomego informatyka o zmianę tapety!

Jeżeli jesteś informatykiem, lekarzem lub prawnikiem wiesz, co to znaczy zawsze być na służbie. Nie ma imprezy czy innego spotkania towarzyskiego na którym ktoś nie prosiłby o pomoc. Lekarze są bombardowani pytaniami w stylu „A od czego noga mi się zrobiła taka zielona po ostatniej imprezie? Jestem uczulony na wódkę smakową?”, prawnicy pytaniami: „Czy należy mi się coś w spadku po ciocio-babcio-dziadku?”, a informatycy pytaniami o wszelkie sprzęty, które są bardziej skomplikowane niż latarka, łącznie z pytaniami o to „Dlaczego ostatnio moja zmywarka zostawia smugi na kieliszkach, coś trzeba zaprogramować inaczej?”

Zwykle prawidłowe odpowiedzi brzmią:

“Nie jesteś uczulony, tylko głupi i pewnie wyjebałeś się wychodząc z knajpy, a to zielone to siniak, i przestań mi podtykać pod nos swoje owłosione kolano, ja tu laski próbuje wyrywać!”

“Pewnie nie, ale skąd ja mam wiedzieć skoro nie znam sprawy i nie mam czasu się z nią zapoznać, bo albo poświęcę parę tygodni na przekopanie się przez twoje drzewo genealogiczne, kilka ustaw i komentarzy albo udzielę Ci złej porady nie znając wszystkich faktów i się obrazisz.”

“Pewnie sól się skończyła, a tak w ogóle czy ja wyglądam jak serwis zmywarek?”

Z informatykami jest ten problem, że dla przeciętnego zjadacza chleba każdy kto skończył jakiekolwiek studia związane z komputerami lub programowaniem, albo pracuje w czymś co jakoś się z tym wiąże, automatycznie zna się na całym technologicznym bełkocie. No więc mili Państwo chciałabym Was oświecić, że informatyk, informatykowi nierówny. Mają oni swoje, często wąskie, specjalizacje i na nich najlepiej, albo tylko, się znają. Są programiści, którzy klepią kod w różnych językach i, o zgrozo, często nie ogarniają zbyt dobrze innych języków, są web deweloperzy, są graficy i są administratorzy sieci i wielu innych. To jest jak z lekarzami, którzy mają swoją specjalizacje. Zanim więc poprosisz znajomego grafika o przeinstalowanie Ci Windowsa, bo wyskakuje Ci jakieś śmieszne okienko (a wiadomo, że to jedyna metoda by pozbyć się wyskakujących znienacka gołych bab) pomyśl czy poszedłbyś z bólem serca do dermatologa.

Inna sprawą jest fakt, że znajomy „informatyk” dostaje takich próśb milion pincet sto dziwńcet tygodniowo. Na każdej imprezie, gdy mógłby przełamać stereotyp komputerowca bez dziewczyny, zamiast wyrywać laski, z grzeczności robi porządek na kompie gospodarza, a gdy skończy wszystkie fajne będą już wyrwane przez wygadanych marketingowców i pyskatych bankowców.

Kolejną kwestią jest fakt, że Twoja prośba lub pytanie jest często trywialne i jego poziom obraża umiejętności znajomego informatyka. Jako ekspert w swoje dziedzinie nie ma ochoty pomagać Ci obrobić Twoją pracę magisterską, zrób to sam! Word nie gryzie! Nie wiesz jak? To “wygoogluj” . Znów analogia do medycyny: poprosisz neurochirurga, żeby pomógł Ci zmienić plaster na skaleczonym placu? No chyba nie. Więc zanim poprosisz komputerowca sprawdź co w sieci o tym piszą, nie raz, nie dwa, ale kilka razy. W końcu trafisz na łopatologiczny opis rozwiązania Twojego problemu i będziesz się dziwił jakie to proste. Tylko nie próbuj się potem puszyć przed wszystkimi, jakie te komputery proste i nie rozumiesz czemu Ci informatycy tak się wywyższają i tyle zarabiają. Plaster, neurochirurg? Pamiętasz? Dlatego!

Kategorie
Blog

Problemy małżeńskie

Opery mydlane pokazują jak powinny wyglądać problemy małżeńskie: kochanki, nieślubne dzieci, romansy ze złymi braćmi bliźniakami, którego mercedesa wybrać. Co będę Wam tłumaczyła, wszyscy to znacie z autopsji.

Nie będzie to opowieść o niepozmywanych naczyniach, ani o tym, że ktoś zapomniał znów wyrzucić śmieci, albo odebrać potomstwo z przedszkola. To nie są najważniejsze problemy z jakimi borykają się małżeństwa. Nawet decyzja o tym czy zapożyczyć się na całe życie i kupić mieszkanie, czy lepiej powynajmować i odłożyć na wkład własny. Decyzja czy mieć dzieci, czy samochód to też pikuś. Najważniejszym problemem małżeńskim jest:

Problemy małżeńskie

zasypianie po tym jak po długiej walce wygraliście władzę nad pilotem i mogliście wybrać film, który będziecie wieczorem oglądać. To jest problem, z którym borykają się prawdziwe małżeństwa!

Pomyślcie, ile razy toczyliście taką walkę? Ile razy tuż po tym, jak Wasz małżonek wygrał i wybrał kolejny film o strzelaniu, uciekaniu i cyckach, ewentualnie okropnie depresyjny melodramat o kobiecie, która jest taka nieszczęśliwa, że wysysa szczęście nawet ze szczeniaczków, zasnął. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że film, który Wy chcieliście oglądać już leci i nie ma sensu teraz na niego przełączać, więc szukacie czegoś co zaczyna się o nietypowej godzinie, ale i tak nie znajdujecie, bo wszystkie wieczorne filmy zaczynają się o tej samej. Najgorsze jest jednak to, że gdybyście przełączyli kanał jak tylko ta harpia pilotowa zasnęła to stracilibyście tylko fragment filmu, ale jak to zrobiliście to Wasza druga połówka bezczelnie się obudziła i z charakterystycznym „ej, oglądałem to!” lub „nie śpię!”. Zaczyna się wymiana zdań czy spał, czy nie spał. Pyś kiedyś obudził się pół godziny po tym jak zmieniłam film i oburzony twierdził, że „człowiek już mrugnąć nie może, żeby mu kanału nie zmienili”…

Z takim zasypiaczem można sobie poradzić wygrywając wieczorną walkę o pilota, poprzez wypominanie wszystkich filmów, na których zasnął dotychczas. Jeżeli mamy piątek, a on zasnął już cztery razy na jakimś filmie w tym tygodniu to musi mieć niezły tupet żeby nie pozwolić Ci wybrać filmu.

Singlom lub parom, które ze sobą nie mieszkają może się wydawać, że łatwiej byłoby oglądać filmy w dwóch rożnych pokojach, jak ktoś ma więcej telewizorów lub chociaż telewizor i komputer, ale to nie o to chodzi! Tu chodzi o zasady, a nie logikę i sprawiedliwość!

Moją ulubioną metodą przejęcia pilota tuż po zaśnięciu Pysia jest przeprowadzenie prostego testu. Polega on na tym, że jak tylko przełączę i Pyś się obudzi domagając się włączenia „jego” filmu zadaję mu proste pytanie: „jaka była ostatnia scena?”. Zwykle nie zniża się do odpowiedzi na nie, tylko przewraca na drugi bok, marudząc pod nosem.

Kategorie
Blog

Pułapka oszczędzania

Oszczędzanie pieniędzy jest jednym z największych paradoksów tego świata, bo oszczędzać muszą Ci, którzy nie mają czego oszczędzać i ich nie stać na oszczędzanie. Najlepiej opisał to Sir Terry Prachett, wkładając przemyślenia w głowę Samuela Vimesa, więc pozwolę sobie go zacytować:
„Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić – całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów -a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej.”
Pułapka oszczędzania

Ta reguła sprawdza się niemal w każdym przypadku. Dotyczy sprzętów elektronicznych, samochodów, głownie tych rzeczy, w których istotną cecha jest trwałość i niezawodność. W pozostałych przypadkach, tych gdzie większą wagę mają walory estetyczne, czy prestiżowe, kupując rzeczy droższe tylko przepłacimy za błyszczące, migające punkty sprzedaży, za ładnie ubraną panią ekspedientkę i przede wszystkim za markę.

W rozumowaniu Vimesa/Pratchetta jest jednak luka, która wydając mniej pozwoli nam oszczędzić więcej. Wynika ona z tego, że w Świecie Dysku, w którym umiejscowione jest większość książkę Sir Pratchetta, i w którym żyje Samuel Vimes nie znano instytucji reklamacji. Kto czytał książki z tej serii wie, że próba zareklamowania czegoś w rodzinnym mieście Vimesa – Ankh-Morpork, a szczególnie na Mrokach raczej nie skoczyłaby się pomyślnie, zapewne nawet niezbyt żywo.
botki

Botki

Wróćmy do przykładu butów. Kupując buty możemy wybierać w takich za kilkanaście złotych (serio!) i za kilkanaście tysięcy (też serio!). Nie popadajmy jednak w skrajności i porównajmy takie za kilkadziesiąt złotych, z takimi za 200-300 złotych. Kupujemy botki (dla panów zdjęcie poglądowe) za dwieście-trzysta złotych. W tej cenie można spokojnie znaleźć fajne skórzane, w których pochodzimy 2-3 lata. Teoretycznie dłużej, ale po tym czasie będą już wyglądać nieestetycznie, bo przecież skóra się wyrobi, odgniecie i odbarwi od toksycznej soli, która przeżre nawet najlepsze środki ochronne. Jeżeli kupimy takie za 80 złotych po jednym dwóch sezonach zapewne ulegną uszkodzeniu. To nic nie szkodzi, bo jak tylko zauważymy najmniejszą wadę oddamy je do sklepu reklamując. Po dwóch tygodniach oddadzą nam je naprawione, albo wymienią, albo oddadzą pieniądze. Po naprawie pewnie wytrzymają jeden sezon, a po wymianie znów do dwóch sezonów, więc w sumie jakieś dwa lata. Wtedy znów je oddajemy, ale tym razem już jasno żądamy zwrotu pieniędzy i kupujemy nowe. W ten sposób kupując buty za kilkaset złotych po dwóch latach mamy solidne buty, ale nie wyglądające już tak reprezentacyjnie jak na początku, a kupując buty za kilkadziesiąt złotych po tym samym czasie mamy świecące się nowością buty, i co najważniejsze w modnym fasonie. Oczywiście rozwiązanie nie jest idealne, bo na czas reklamacji musimy mieć inną parę, ale w przypadku kobiet rzadko zdarza się, że mają tylko jedną. Musimy też pilnować paragonów, ale z teraz są już aplikacje (np.: ToCoMoje ), które pozwalają wirtualnie przechowywać paragony, więc i ten problem odpada. Inna sprawa, że nie zawsze buty za kilkadziesiąt złotych odbiegają jakością od tych za kilkaset. Działą to w dwóch kierunkach: tańsze buty mogą być dobrej jakości, a te droższe w marnej.

Oczywiście nie do wszystkich zakupów da się zastosować powyższe zasady. Przede wszystkim nie ma co oszczędzać na takich rzeczach, w których okres używalności znacznie przekracza okres gwarancji, tak jak wspomniana elektronika. Jak zawsze polecam jednak nie kierować się znaczkiem, który znajduje się na produkcie, a faktycznymi opiniami o nim. Wujek Google na pewno pomoże nam znaleźć ich sporo, a po bardzo nieufnym ich przeczytaniu możemy znaleźć trochę prawdy o jakości i awaryjności.

Powyższych zasad nie można też stosować do takich dóbr, gdzie jakość jest najważniejszą cechą, jak chociażby wszechobecne dziś wszędzie pączki. Bo kupno takiego za 50 groszy nie zaspokoi naszej potrzeby zjedzenia sztandarowego słodycza w Tłusty Czwartek, wiec tylko zmarnujemy pieniądze. Taki za 2,50 to już co innego, kupiony w cukierni i z adwokatem w środku. To wydatek, którego nie mozna żałować.

Smacznego grubasy,

Kategorie
Blog

Babskie piwo

Jestem kobietą i lubię piwo. O zgrozo: smakowe!

Całe lato piłam wszelkie odmiany piw wymieszanych lemoniadą. I co z tego? No właśnie nic.

Nic nie powinno to obchodzi innych ludzi. Nie powinni się czepiać tego co piję. Wytykać mnie palcami i piętnować. A jednak to robią.

Zjawisz się na imprezie z czteropakiem jakiegoś lekkiego piwa i jesteś naznaczona. Pół biedy jak jesteś kobietą, ale żeby mężczyzna pił takie siki? Bo babskie piwo, bo tak nazywa się wszystkie piwa smakowe, może pić kobieta i to tylko jak nikt jej nie widzi. Nawet na grillu we własnym ogródku, zaproszeni goście potrafią napaść na Ciebie oburzeni, że pijesz takie “soczki”. A co w tym złego?

Już dawno wyrosłam z wieku, gdy alkohol się piło tylko po to żeby sponiewierało. Teraz mogę go sobie wypić do obiadu, dla smaku, albo do filmu, bo lubię. I nie powinnam się przejmować co inni o tym myślą. A jednak czasem ulegam presji społecznej. Kiedyś na parapetówę u znajomych zaopatrzyłam się w kilka takich lemoniadowo-piwnych mieszanek. Ponieważ była to jedna z tych imprez gdzie jak nie pijesz czystej to jesteś traktowany jak agent obcego wywiadu, tajniaczyłam się z tym moim piwem w kuchni i przelewałam do kubka. Bałam się chodzić jawnie z puszką. Jeszcze by mnie zlinczowali, czy coś.

Zastanawiałam się dlaczego w narodzie jest taka niechęć do smakowego piwa. I doszłam do wniosku, że to pozostałości sarmackich zwyczajów. Tych samych, które skłaniają ludzi do mówienia, że drinki są dla bab, a prawdziwi chłopi piją tylko czystą. To geny wszystkich „Wujków Gienków”, które skłaniają do mówienia “Ze mną się nie napijesz?”. Nie zrozumcie mnie źle, osobiście popieram słowiańską tradycję picia czystej wódki i często ją kultywuję, ale chciałbym móc napić się owocowego piwa bez całej tej otoczki hańbienia staropolskiej tradycji. I tego samego chce dla Pysia, bo o dziwo od picia smakowego piwa nie ubywa testosteronu tzn. ubywa, ale mniej niż od zwykłego piwa. Paradoksalnie piwo niesmakowe , mocniejsze od smakowego ma większy wpływ na przemianę męskiego hormonu w żeński, bo zawiera więcej alkoholu. Właściwie więc mianem babskich piw powinny być nazywane piwa uznawane za męskie, czyli wszelkie mózgotrzepy zawierające więcej alkoholu.

babskie piwo

Uprasza się więc panów o zamknięcie japy i picie grzecznie swojego odmężczyzniającego ,mocnego piwa w ciszy. I pozwolenie pić innym tego na co mają ochotę. Nic wam do tego, że zimą mam ochotę wypić piwo miodowe (najlepiej ciemne), a latem popijać karkówkę z grilla czymś owocowym, najlepiej cytrusowym. Byle nie ananasowym! (Sorry Redd’s kocham Wasze piwa, ale Grapefruit-Pineapple to jakaś pomyłka. Za to Żurawinka wyszła Wam pierwsza klasa!)

Chcę iść do pubu ze znajomymi, zamówić nowy smak piwa i nie rumienić się jak po zamówieniu barman zmierzy mnie wzrokiem i to nie z powodu nowych butów pubowych, a treści zamówienia. Dośc tego! Następnym razem wejdę dumnie do baru i rzucę „Trzy cytrynowe proszę!”. I nikt minie podskoczy.